Dzień dobry, jestem krwiodawcą

Dwanaście litrów spłynęło jak jeden łyk.

Parafraza piosenki o czterdziestolatku może trochę kulawa, ale to fakt – jeszcze kilka kropel i wejdę na drugi level w trójstopniowej skali dawców krwi. Sympatię do cyklicznych odlewek zaszczepiłem w sobie już w czasach licealnych, kiedy szkolna pielęgniarka organizowała takie akcje dla pełnoletnich uczniów – po wszystkim nie trzeba było już wracać na lekcje, ale myślę, że nie to było główną motywacją naszego, dobrze zorientowanego w takich kwestiach, LO. Od tego czasu (początkowo dość nieregularnie, a od kilku lat jednak systematycznie) oddaję to niespełna pół litra krwi raz na dwa miesiące. Poza oczywistą korzyścią dla wszystkich potrzebujących, jest też pewien pakiecik benefitów dla samych krwiodawców. Ja lubię dzień wolny od pracy. Chociaż od prawie trzech lat mieszkam w Warszawie to dzięki temu, raz na osiem tygodni mogę zjechać do domu już w czwartek wieczorem, żeby w piątek podskoczyć do Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa i dać się pokłuć  – moi pracodawcy (zarówno obecny, jak i dwaj poprzedni) nie robili z tego powodu żadnych problemów, zatem czwartkowy zjazd do heimatu wrósł na stałe w mój kalendarz.

Jak wygląda oddawanie krwi?

Najpierw szczegółowa ankieta do wypełnienia, później badanie lekarskie, czyli wstępna kwalifikacja. I chwilę później gwóźdź programu, którego schemat u mnie jest zawsze taki sam. Pielęgniarka mająca przyjemność przeprowadzać mnie przez proces, zazwyczaj na dzień dobry załamuje ręce nad niewidocznością moich żył. Widzę, że na początku lekko podpatruje licząc, że jednak coś tam widać, ale po chwili mimika ją zdradza. Najbliższą przyszłość widzi czarno. Dość nawinie. Biedna ona. Biedniejszy ja. Dalej jest przeważnie tak samo: pocieranie zgięcia łokciowego nasączonym wacikiem, przemowy bezpośrednio do żyły, halo, halko, jesteś tam?, kolejne tarcie, jej nibyżarcik, mój nibyuśmiech, lekkie uderzenia w rękę, wyżej, niżej, und so weiter, und so fort. Śmiechom nie ma końca, współtowarzysze z foteli obok, szczęśliwie podłączeni do sprzętu udają, że nie patrzą, ale jednak na mnie patrzą, a ja udaję, że wyśmienicie się bawię, a tak naprawdę bawię się średnio, lecz dołączam do arcyciekawej gry w szukanie żyłki, mimo że wygodniej byłoby podłączyć się do tej z mojego czoła.

Po którejś takiej wizycie przygotowałem się i to ja pierwszy atakuję: Tak, tak, wiem, nie widać tej żyły, tak, rozkręci się, owszem, na początku leci słabo, ale później płynie nieźle, tak, uwijam się w 8-9 minut, tak, piłem dużo wody przed, oczywiście, w ogóle piję dużo, w zasadzie to u mnie tylko woda-woda-woda, nie, nie jadłem rano nic ciężkiego, naprawdę, zobaczy pani. Niedolewką byłem tylko raz, jeszcze w latach szkolnych, kiedy zamiast 450ml poszło niecałe 300, bo po dwunastu minutach i braku perspektyw na pełen worek, maszyny trzeba odłączyć. Odczuwam zawszę lekką presję tego czasu, ale skoro udaje mi się przekonać wszystkich dookoła, że idzie mi dobrze – to jednak idzie mi dobrze za każdym razem, chociaż faktycznie nie jestem panem „trzy minuty i po wszystkim”.

Czy oddawanie krwi boli? Czy jest zdrowe? Czy uzależnia?

Poza lekkim ukłuciem podczas pobierania materiału do badań oraz późniejszej donacji praktycznie niczego nie czuć. Po wszystkim zgięcie łokciowe zaklejają plastrem i parę minut trzeba uciskać, żeby nie zrobił się siniak. Później jednak trzeba zerwać ten plaster i to jest, kurła, dramat, ale jak się zrywa na mokro, w wannie na przykład, to odchodzi gładziutko.

Wszystkie grubaski ważące powyżej 50 kilo i czujące się na siłach zachęcam do dołączenia do grupy dawców. Mnie się to podoba, naprawdę fajna sprawa. Jak wspomniałem, przed całym zabiegiem mamy robione podstawowe badania krwi oraz wizytę u internisty, który analizuje wypełnioną przez nas wcześniej ankietę, sprawdza wyniki z próbki, mierzy ciśnienie oraz nas osłuchuje. Dzięki temu można na bieżąco sprawdzać swoje notowania zdrowotne, wszystkie wskaźniki, łącznie z badaniem wirusologicznym. Gdyby coś było z nami nie tak (nawet w późniejszym etapie, po dokładniejszej analizie), to krew nie przeszłaby testu, a dawca zostałby poinformowany o konieczności odbioru wyników.

Nie jest prawdą, że oddawanie krwi uzależnia i że jak już się zacznie to trzeba oddawać zawsze. Po tym jak stracisz pół litra, organizm zaczyna produkcję brakującej ilości niemal natychmiast, a już po kilkunastu godzinach masz jej z powrotem tyle, ile przed oddaniem. W kolejnych tygodniach zyskuje ona właściwości sprzed poboru. Świat nie słyszał jeszcze o osobie, która po porzuceniu krwiodawstwa tak spęczniała od nadprodukcji w organizmie, że wybuchła. Sam nigdy nie miałem żadnych nieprzyjemności po donacji, a przez te lata w RCKiK tylko ze trzy razy widziałem, jak ktoś poczuł się słabiej, więc trochę dłużej posiedział na fotelu po odłączeniu od maszyn i czekolady dostał nieco później.

Panowie sześć razy w roku, panie cztery z przerwą co najmniej dwóch miesięcy – co tyle można oddawać krew pełną.

Czy mogę oddać krew na kogoś?

Często w mediach pojawiają się apele z prośbą o oddawanie krwi dla konkretnej osoby, która jej aktualnie potrzebuje. Apelujący czasem proszą, aby przynosić odpowiednie zaświadczenia albo dopisywać nazwisko na formularzach otrzymywanych w centrach. Prawda jest taka, że w praktyce nie można oddać krwi konkretnej osobie. Okej, nie można wykluczyć, że akurat Twój woreczek trafi do wytypowanego pacjenta, zwłaszcza kiedy jest to rzadka grupa krwi, a pacjent będzie jej potrzebował w dłuższej perspektywie, ale oddana krew trafia po prostu do ogólnego banku, skąd brana jest na bieżące zużycie. Apele tego typu przeważnie dotyczą osób, które potrzebują wsparcia natychmiast, a wszystko, co oddane musi zostać dokładnie przebadane zanim zostanie przetoczone pacjentowi – to chwilę zajmuje. Potrzebujący i tak dostanie krew, jakiej mu potrzeba – wcześniej oddanej, przebadanej i gotowej do użytku, a Twoja trafi do kolejnej, równie potrzebującej osoby. Nie przekreślam tego typu apeli, bo one działają na wyobraźnię i zwiększają liczbę dawców, co wychodzi na zdrowie wszystkim – a jeżeli ktoś zacznie to robić regularnie, no to tym bardziej.

Wyświetl ten post na Instagramie.

#zasłużony

Post udostępniony przez Szymon Sokół (@szymeksokol)

Ulgi!

Well, well, well, pozwalam sobie korzystać z kilku ulg, które przysługują krwiodawcy, bo w naszym mlekiem i miodem płynącym kraju jest to chyba jedyny benefit, z którego mogę mieć i ja coś dla siebie, a i tylko wtedy, kiedy sam dam od siebie też coś – co jest rzecz jasna rodzajem korzyści, któremu przyklaskuję najbardziej. Nie załapałem się na Mieszkanie Dla Młodych, które uczyło oszczędzania, bo aby dostać zwrot za wkład na własne cztery ściany, trzeba było coś najpierw odłożyć – program zastąpiło Mieszkanie Plus. W związku z tym, że mam tego farta iż trzymam się dobrze oraz nie mam gromadki gówniaków, to własny kwadrat na przedmieściach wsparty przez państwo raczej mi nie grozi. Nie jestem też górnikiem, nie jestem rolnikiem, nie jestem księdzem, ani mamą-4-plus, generalnie nie jestem targetem, a raczej jestem krową dojną, z tej superzamożnej grupy, która finansuje całej reszcie zabawę w dodatki. A przecież, kurde, jem na co dzień najtańszy rodzaj trawy, a z napojów to tylko woda, co już wspominałem pielęgniarkom (#klasaśrednia!). Zatem po oddaniu, cichutko, cieszę się tymi ośmioma czekoladami, które potem i tak rozdaję (chyba, że to Goplana), bo wiadomo – fit się samo nie zrobi oraz kilkoma nadprogramowymi dniami wolnymi od pracy w roku. Oddane litry można też wrzucić do rocznego rozliczenia PIT i odliczyć od dochodu, dzięki czemu zdarza mi się parę dyszek kieszonkowego zwrotu (tylko proszę o tym nie mówić panu premierowi, bo naprawdę pomyślą, że przydałby się dodatkowy podatek od przeginania pały w bogactwie).

Posiadając tytuł Zasłużonego Dawcy Krwi stopnia 3-ciego (6 litrów chłopcy, 5 litrów dziewczęta) teoretycznie można omijać kolejki w aptekach oraz – co ciekawe – do lekarza, ale jak raz jedyny w życiu próbowałem się wbić do specjalisty NFZ to dopiero w czwartej przychodni kobieta po drugiej stronie słuchawki zapisała mnie na najbliższy tydzień dziwiąc się, że nikt wcześniej nie był na tyle uprzejmy i wyedukowany. Wytłumaczenie innym pacjentom na korytarzu, że się wpycham zostawiła jednak już mi. Co do aptek to nigdy nie wbijałem się z legitymacją, bo na szczęście rzadko jest tam klientem, a jak jestem to raczej w porze bezkolejkowej.

Nie jadam w North Fishu, ale tam za pokazanie legitymacji zasłużonego jest 20 procent zniżki. Z dużych sieciówek nikt więcej chyba aż tak się nie szarpnął, ale w Internecie są listy różnych sklepów, lokali czy miejsc kulturalnych, które puszczają oko do tych, z których już trochę spuszczono (patrz: dawcomwdarze.pl). PKP Intercity nie wpadło na pomysł wprowadzenia, nawet symbolicznych, zniżek na przejazdy, a komunikacja miejska leży w gestii włodarzy danego miasta. Najczęściej trzeba być jednak już na levelu eksperckim, czyli zasłużenie stopnia 1-szego (18 litrów chłopaki, 15 litrów dziewczyny), żeby móc jeździć bez biletu. Tak jest też w Warszawie. Niektóre miasta mają luźniejsze wymagania (np. Włocławek – odpowiednio 6 i 5 litrów na osobę), ale często zdarzają się hardkory, takie jak konieczność oddania 25 litrów (i tu uśmiechy do Zamościa, Leszna czy Zduńskiej Woli; myślę że większość krwiodawców z takim przebiegiem i tak już ma ulgę emerytalną), a raz nawet obiła mi się o oczy konieczność oddania 20 litrów, z czego konkretną ilość w ostatnim roku. Jak to ogarnia kanar? Nie wiem. Zanim podliczy takiego krewniaka i przejrzy całą jego dokumentację, wszyscy prawdziwi gapowicze będą już daleko poza autobusem.

Wbrew temu, że poświęciłem sporo czasu na jęczenie to nie jestem roszczeniowy, a własne szczęście już dawno przestałem uzależniać od rozporządzeń polityków. Wiem, że nikt nie oddaje krwi licząc na to, że nie będzie musiał doładowywać karty miejskiej, ale jak sprawdzałem ulgi w autobusach i tramwajach różnych miast to naprawdę rzuca się w oczy fakt, że najczęściej wybierano te zaporowe, najwyższe opcje. Żeby zostać Zasłużonym Dawcą Krwi najniższego stopnia, trzeba i tak oddać 6 litrów, co oznacza kilka lat regularnych donacji. Miasta nie zbiedniałyby od takiego miłego gestu dla tych krwiodawców, zwłaszcza że wrzucanie bonusów wszystkim dzieciom, żeby za darmo podjeżdżały do szkoły, emerytom, posłom i senatorom, rolnikom którym susza zniszczyła nieubezpieczone plony, górnikom z tytułu rekompensaty za utratę prawa do darmowego węgla (wiedzieliście? 12.000 złotych na łebka, serio), Tadeuszowi Rydzykowi oraz sekretarkom prezesów państwowych spółek idzie nad Wisłą nad wyraz łatwo.

Tak, wiem, ten budżet kiedyś jebnie. Ale nawet wtedy krwiodawcy z oddanymi 15 litrami nadal będą płacić 4,40 za podjechanie do centrum. [/jęczenie mode off]

Tak czy owak, krew warto oddawać. Nie dla siebie, dla innych. Taki chciałbym wysłać przekaz do Internetu i wszystkich, którzy tu zajrzeli. Ja gorąco polecam, a jak są jakieś pytania to odpowiem np. na Facebooku (klik!), Instagramie (klik!) lub w komentarzach.

A o zmowie milczenia nad ciężkim żywotem niedotowanych jednostek w Polsce napiszę i ulżę sobie może innym razem. Zdrówka!

You Might Also Like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.