Zostałem niewinnie skazany i nie jest to clickbait

Opowiem Wam nie-do-końca-bajkę o tym, jak dostałem wyrok za coś, czego nigdy nie zrobiłem w miejscu, w którym nigdy nie byłem. O tym, jak wielka biało-czerwona łapa dała mi w twarz. Ta nie-do-końca-bajka ciągnie się już rok i wszystko, co mogło zadziałać źle i nękać obywatela, zadziałało źle i nękało obywatela. Mam ochotę wziąć sprej i wypisywać cztery drukowane litery na osiedlowych murach. Pięć w zasadzie. Jestem przecież wykształcony. Taki był ze mnie miły chłopak – dzień dobry mówił, segregował śmieci i staruszkom ustępował miejsca w autobusie. Ale już nie jest.

Nie będę pisał po murach. Napiszę wszystko tutaj. Niby szkoda strzępić ryja, ale postrzępię. O tym jak byłem policyjną statystką, okienkiem w Excelu, kreską w służbowym notatniku, której przez rok nikt nie słuchał, a na końcu skazał. I wznoszę cichy toast za to, że nie wrobiono mnie na przykład w morderstwo. Wtedy pozostałoby mi pisanie paznokciem po więziennej ścianie.

Akt I. Czy pani syn to kibol?

Dla mnie historia ta zaczęła się latem 2018 roku, kiedy pracę przerwał mi telefon z domu. Mama zagadała w zupełnie obcym dla siebie stylu mówiąc, że nieważne co robię to mam wyjść i słuchać. Wyszedłem więc i słuchałem tej opowieści, wtedy – co jest całkiem zrozumiałe – dość nerwowej i chaotycznej. Pod mój rodzinny dom podjechało czterech policjantów, a podjechali nie byle czym, bo opancerzonym wozem. Panowie byli żywo zainteresowani tym, czy ja tutaj mieszkam. Mama, całkiem przytomnie, nie wpuściła ich do domu, bo funkcjonariusze pod tym adresem to raczej nie codzienność i Bóg jeden wie, czy to nie jest jakiś przekręt. Zadzwoniła zatem po lokalnych policjantów, których znała, ci lokalni potwierdzili prawdziwość tych opancerzonych i wtedy wpuściła ich mówiąc, że od dwóch lat mieszkam w stolicy. Panowie naciskali dalej, dopytując o takie rzeczy jak to, czy jeżdżę na mecze, czy mam znajomych w środowisku piłkarskim, podawali jakieś kwietniowe daty i wielkopolskie miejscowości, a kiedy w odpowiedzi usłyszeli, że na meczu to byliśmy całą rodziną tylko raz i to na półfinale Euro 2012 – uprzejmie mamie przypomnieli, że za składanie fałszywych zeznań ona też może iść siedzieć. Jeżeli chodzi o polskie kluby piłki nożnej to z wyspy moich zainteresowań ten temat jest ledwie widoczną kropką na horyzoncie morza wszystkich innych rzeczy. Innymi, mniej poetyckimi, słowami – temat dla mnie nie istnieje. Policjanci byli sceptyczni w kwestii szczerych wyznań mamy  i nie do końca chcieli powiedzieć o co dokładnie chodzi, ale udało się wydobyć jakieś cząstkowe informacje. Otóż, na pewnej stacji benzynowej, w okolicach miasta Żnin, doszło do jakiegoś zdarzenia, w którym rzekomo brałem udział. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy kto i czego tam dokonał, poza tym, że w tych rejonach po prostu nie bywam, bo dystans  pomiędzy Żninem i Warszawą (czy nawet Solcem Kujawskim, z którego pochodzę i w którym zaczyna się ta cudowna opowieść) jest mniej więcej tak spory jak odległość między polską piłką nożną, a moim hobby. Żnin kojarzy mi się jedynie z wycieczką szkolną w podstawówce, skąd kolejką wąskotorową ruszało się na zwiedzanie osady w Biskupinie.  Teraz okazało się, że w okolicy grasuje ktoś podobny do mnie, ktoś kto dokonał czegoś na jakiejś stacji benzynowej. Same konkrety. Skoro jednak przyjechała po mnie taka opancerzona ekipa (jak się później okazało – z wydziału antynarkotykowego) wydawać by się mogło, że są to raczej poważne rzeczy, napady i rozboje. Taki płynął komunikat od odwiedzających mój dom. Zrobiło się nieciekawie.

Akt II. Nic nie trzeba robić.

Bardzo nie lubię niewyjaśnionych spraw. Kurde, no bardzo. Chciałem wyjaśnić to raz-dwa, oczywiste było to, że mamy do czynienia z fatalną pomyłką i uważałem, że należy sprostować to bez zwłoki, żeby temat mieć z głowy. Niestety ręce miałem związane. Goście nie pozostawili żadnego kontaktu, nie dostali też mojego warszawskiego adresu (bo go mama po prostu nie znała), a wszelkie próby zasięgnięcia opinii w środowisku policyjnym Kujaw i Pomorza spełzły na niczym. Bardziej i mniej znajomi policjanci tłumaczyli, że nie muszę podejmować żadnych działań. Rodzinnie staraliśmy się pokopać najgłębiej jak się da, ale odpowiedź była zawsze taka sama. Jak będzie trzeba to oni na pewno się ze mną skontaktują. Kimkolwiek oni są. Jak zaistnieje konieczność składania dodatkowych wyjaśnień to na pewno ktoś się do mnie zgłosi. Teraz. Nic. Nie. Musisz. Robić.  

Bardziej zastanawiający był dla mnie fakt, w jaki sposób zostałem w ogóle wzięty pod uwagę jako uczestnik takiego wydarzenia w tej odległej krainie. Jedynym sensowym wyjaśnieniem było to, że policja ma supernowoczesny (i trochę zawodny, przy okazji) system rozpoznawania twarzy niczym z „Agentów NCIS” (lub z Facebooka po prostu) – ktoś wrzucił niewyraźną klatkę z monitoringu, system przemielił foty z paszportów (istnieje taka baza?) i wyskoczyło, że jako-tako pasuję. Nie wiem jak to działa i czy policja w tym kraju jest tak technologicznie rozwinięta, ale – hejka – najczęściej krótką noszę fryzurę, więc pomyślałem sobie, że można pomylić mnie, uczciwego chłopca, z prawdziwym sebixem-recydywixem, szczególnie jak się analizuje jakąś stopklatkę w jakości 240p. I robi się to niezbyt dokładnie.

To były moje przypuszczenia, nikt nie chciał mi ich jednak potwierdzić. Wolałem wierzyć w taką wersję wydarzeń – problemem byłoby, gdyby jednak ktoś się za mnie podał. To niepokoiło mnie trochę bardziej. Oczami wyobraźni widziałem nie tylko, jak w moim imieniu napada się na punkty sprzedaży paliwa, siejąc postrach w całej zachodniej Polsce, ale też te miliony PLN-ów do spłacenia wziętych na moje sebixiarskie lico, skoro ktoś gdzieś na świecie podszywa się pode mnie tak rewelacyjnie, że nawet policja się nabiera. O tym, jak łatwo wziąć na obcego kredyt i jak bardzo państwo tego nie kontroluje nawet nie chce mi się pisać – dowodziki kolekcjonerskie, parabanki, potwierdzenie na telefon, pozdro i ofiaro męcz się do końca życia, spłacając cudze długi. Nikt niestety nie dał mi odpowiedzi na te pytania, a ja – wtedy jeszcze naiwnie – wierzyłem w sprawiedliwość systemu i byłem święcie przekonany, że już za chwilę, już za momencik ktoś usiądzie nad tym tematem, przyłoży się do swojej pracy i jednak zda sobie sprawę, jaki błąd popełnił niepokojąc niewinnego obywatela i jego rodzinę.

Mimo że emocje opadły i opowieści o wparowaniu na chatę uzbrojonych gliniarzy zaczęły odgrywać rolę anegdotek do obiadu, niemożność dowiedzenia się w jaki sposób moja twarz wplątała się w coś takiego nie dawała mi spokoju i nie chciałem sprawdzać co chwilę stanu konta w nadziei, że pieniądze tam jeszcze są, nieruszone przez komornika. Wykręciłem zatem numer do policji w Żninie. Nie pamiętam już co mnie do tego skłoniło, ale poziom zażenowania i wkurwienia pewnego wieczoru tak urósł, że zgooglowałem żniński komisariat, znalazłem numer do dyżurnego i stwierdziłem, że pora na wyjaśnienia. Panu po drugiej stronie słuchawki przerwałem wieczorne oglądanie telewizji, ale jak już przestał być urażony telefonem w porze „Mam Talent” to przyznał całkiem szczerze, że nie pamięta o żadnym rozboju na stacji benzynowej w swojej okolicy. Powiedział, że powinienem dzwonić na numer kryminalny w godzinach pracy, czyli na przykład w poniedziałek z rana. W poniedziałek z rana zadzwoniłem zatem na numer kryminalny. Pani, która odebrała powiedziała mi, że jestem szczęściarzem, bo dodzwoniłem się akurat w momencie, kiedy policjant prowadzący śledztwo jest na miejscu, więc mnie przełączyła.

Rozmowę tę szczęściarz pamięta bardzo dobrze, bo po raz kolejny tłumacząc im że się pomylili i próbując się dowiedzieć co jest grane, usłyszał z drugiej strony kilka ważnych zdań. Przede wszystkim dowiedziałem się, że to nie żaden rozbój czy napad, ale o kradzież na stacji benzynowej chodzi. Zastanawiałem się, co drogocennego mógł ukraść mój sobowtór, skoro przyjechało po mnie aż czworo ludzi, ale tego mi nie powiedziano. Policjant ze Żnina powiedział jednak coś innego, coś co zapadło mi w pamięć i mogę to zacytować: „na razie może pan spać spokojnie, bo to było najprawdopodobniej błędne rozpoznanie”. Na razie mogę spać spokojnie. Na razie. Więc mu powiedziałem, że okej – na razie będę spał spokojnie, ale co dalej? Czy ktoś mi w końcu powie w jaki sposób doszło do tego błędnego rozpoznania? I ja naprawdę mogę złożyć zeznania i potwierdzić dowodami (np. wydrukami płatności z konta w dniu zdarzenia) swoją obecność w Warszawie, kilkaset kilometrów od tej stacji benzynowej, w dniu w którym rzekomo plądrowałem półki. Ale nie, nie, nie, nie mogę powiedzieć jak został pan rozpoznany i nie, nie, nie, nic nie trzeba dalej robić.

Akt III. Jednak coś trzeba zrobić.

Tak mijały sobie kolejne tygodnie, bo niby dlaczego miałbym przejmować się na zapas i nie wierzyć stróżom prawa? Skoro na razie mogę spać spokojnie, to będąc w tym „na razie” spałem sobie spokojnie, czekając aż ostatecznie zostanę wykreślony z tej historii. Wierzyłem, ze moja proobywatelska postawa i non-stop podkreślana chęć do składania oficjalnych zeznań oraz wysyłanie im szeregu podpowiedzi, jak mogą sprawdzić to, co było dla mnie oczywiste, przyniesie efekty. Inwigilowani jesteśmy na każdym kroku, na dobrą sprawę wystarczyłoby na przykład sprawdzić logowania do stacji bazowych mojego numeru telefonu, żeby zobaczyć, że ten kwietniowy weekend spędziłem w Warszawie, a nie na jakichś wielkopolskich polach naftowych.

Sprawa, miałem wrażenie, przycichła, myślałem że może nawet to już koniec i nikt mnie nie będzie już niepokoił. Co prawda nie było oficjalnego „sorki, panie, pomyłka”, ale znając papierologię nad Wisłą, przez myśl mi przeszło, że po prostu odpadłem z grona podejrzanych i nikt mi o tym nie powiedział, a to oni przecież mieli się odzywać w razie wątpliwości. Nie miałem żadnych aktualizacji dla zainteresowanych znajomych, a ogólne zaskoczenie i oburzenie ustępowało śmieszkowaniu i żarcikom w luźnych rozmowach przy kuchennym czajniku. O, Szymon, ty jeszcze na wolności, hehehe, ty kryminalisto, jak tam, hehehe. Powoli sam zaczynałem się dobrze bawić, chociaż tylko tak na pół gwizdka, bo jednak miałem świadomość, że gdzieś w tym kraju są jakieś przedziwne świstki w teczce z moim nazwiskiem, a ja nawet nie mogę się z nimi oficjalnie zmierzyć.

Po Nowym Roku zaczęły do mnie docierać z rodzinnych stron pewne pogłoski, że jednak potrzebne będzie słówko ode mnie, które zakończy mój udział i potwierdzi ostatecznie brak mojej obecności w okolicach Żnina tego jebanego piętnastego kwietnia. Wszystko miało charakter półoficjalny, jakiś znajomy policjant powiedział to innemu znajomemu policjantowi itede. Po kilku miesiącach dowiedziałem się nawet, że policjanci z mojej rodzinnej miejscowości w luźnych rozmowach na mieście wypytywali o mnie osoby, które w ich ocenie mogły mnie znać. Ale bezpośrednio do mnie nikt się nie zgłaszał. Nawet jak przyjechałem na weekend do Solca, który odpowiednio nagłośniłem informując, że znowu jestem gotowy na oficjalną rozmowę – nikt się nie pofatygował. Wróciłem do Warszawy.

Na początku lutego dostałem telefon z posterunku w Solcu Kujawskim, dokąd dotarły papiery z Wielkopolski i policjant poinformował mnie, że jednak będzie trzeba złożyć zeznania. Przyjąłem to za dobry omen, tym bardziej, że rozmowa była raczej w porządku i z kontekstu wynikałoby, że to już naprawdę ostatni rozdział i kończymy z tymi nieprzyjemnościami, a ja udzielam tylko „pomocy prawnej” i do widzenia. Pan zapytał mnie zatem, kiedy mogę przyjść, więc LOL, powiedziałem mu, jak mówiłem wszystkim do tej pory, że nie mieszkam w mieście, więc nie wpadnę sobie tak od razu, ale przyjadę tam za trzy tygodnie, bo akurat wypada mi oddawanie krwi, a krew oddaję w Bydgoszczy. W ostatni piątek lutego mógłbym być na komisariacie i bardzo chcę tam być, by zakończyć tę sprawę. Rzecz jasna, ostatni piątek lutego to było zdecydowanie za późno (bo jak to się ma to ponad sześciu miesięcy odkąd babram się w tym gównie, nie?), więc zaproponowałem im kolejne rozwiązanie i podałem adres komisariatu na Wilanowie, który znajduje się najbliżej mojej pracy, żebym w jakiś dzień roboczy mógł tam podskoczyć, opowiedzieć wszystko i wreszcie czuć się wolny. Jak się można domyślić – minęły trzy tygodnie, odwiedziłem dom, oddałem krew, spędziłem dzień ze znajomymi, wróciłem do Warszawy, a sprawa nie ruszyła. Kontakt z Wilanowa nastąpił dopiero kilkanaście dni później, ale co tam, ten ostatni piątek lutego to było za późno.

Udałem się do warszawskiego komisariatu w pewien ciepły roboczy dzień marca.

I tu następuje pierwszy większy, po pokaźnej serii mniejszych, wkurw.  Mundurowy ze stolicy, który dostał na mnie papierki, wcale nie rozmawiał ze mną, jak z kimś – na dobrą sprawę – poszkodowanym. Wbrew zapowiedziom nie byłem „pomocą prawną”, nie miałem przyklepać ostatecznego uwolnienia się od tych absurdów. Byłem podejrzany. Oficjalnie po-dej-rza-ny. I w takim charakterze zostałem umieszczony na krzesełku w małym, dwuosobowym pokoiku, z biurkiem, szafką i komputerem. Moja duma z bycia wzorowym obywatelem, który pomaga służbom rozwiązać sprawę by oczyścić niewinnego człowieka, który przewija się im od tylu miesięcy w papierach, człowieka, który urywa się w piękny wiosenny dzień z pracy, sam dzwoni, żeby umówić termin spotkania i to jak najprędzej, bo to czysta formalność, zdycha natychmiastowo. Przesłuchujący rzuca do mnie te formułki, jak w amerykańskim filmie, o moich prawach i obowiązkach, o zeznaniach i prawie do milczenia (wersja trochę uboższa, nie jak w filmie z Clintem Eastwoodem, raczej coś jak „W11”, ale nadal) i na końcu pyta się on mnie, ten pan policjant, czy ja się przyznaję, czy się nie przyznaję.

Wiec ja się nie przyznaję i po raz kolejny opowiadam to wszystko, że to jakaś pomyłka, że nigdy mnie tam nie było, że nikt mi nie chce powiedzieć czy ktoś mnie wrabia, czy to błąd systemu, że byłem w kwietniu Warszawie i mam na to dowody, że nawet wydrukowałem sobie płatności kartą z tamtego okresu i żarłem w McDonaldzie, kupowałem w osiedlowym sklepie i cały czas siedziałem daleko od jakiegokolwiek dystrybutora paliwa. Daleko od tego posranego Żnina.  Policjant mi chyba wierzył, bo moje zaskoczenie było autentyczne, a brzydkie słowa zostawiłem sobie na tę pisaninę tutaj, tam używając słówek gładkich i prostych. Złożyłem zeznania i spytałem: co dalej? A on powiedział, że powinienem kontaktować się z tym panem, co tu pieczątką się podbił. Na mojej mapie działań pojawiła się nowa miejscowość – Janowiec Wielkopolski, bo to stamtąd przyszło to pismo i nowe nazwisko do kontaktów.

I teraz będzie ciekawie. Dopiero w tym momencie, na tym piśmie, nad tą pieczątką z nazwiskiem i telefonem do policjanta z Janowca, przeczytałem o jaką zbrodnię chodzi.  Bo choć produkuję się tu już od dobrych trzech stron A4 i jest to wyśmienita alegoria czasu w realu, który upłynął od letniej wizyty złożonej mojej mamie, to po takim okresie dowiaduję się ja, jak i dowiadują się teraz państwo czytający, że przez te wszystkie miesiące policja ściga mnie po całym kraju za domniemaną kradzież artykułów spożywczych na kwotę siedmiu złotych i dziewięćdziesięciu groszy.

7, kurwa, 90.

Siedem dziewięćdziesiąt jest zatem powodem wizyty w moim rodzinnym domu czterech kolesi, którzy przyjeżdżają opancerzoną suką i straszą mieszkańców. Siedem dziewięćdziesiąt jest sprawą, której nie mogę wyjaśnić, mimo że wręcz błagam o to, sam nawiązując kontakt z osobami zaangażowanymi w śledztwo. Siedem dziewięćdziesiąt to sprawa warta szukania mnie po całej Polsce. Siedem dziewięćdziesiąt trwa już prawie rok i czy nie jest to marnotrawienie publicznych pieniędzy?  Ile osób nad tym pracuje, jakie środki są zaangażowane i dlaczego nikt do tej pory nie chciał wsłuchać się w to, co mówię?

Zaczęło robić się wąsko, więc minutę po wyjściu z komisariatu na Wilanowie, zadzwoniłem to tego policjanta z pieczątki, z tym samym zestawem pytań. Znowu liczyłem, że może tym razem się uda, że to ta osoba przyniesie mi jakiekolwiek odpowiedzi, jak do tego doszło, że grozi mi grzywna 500 złotych i – przede wszystkim – nasranie w papierach. Grzecznie o to spytałem. Pan nawet parsknął śmiechem, jak z rozpędu użyłem słowa „napad”, ale nikt wcześniej nie był łaskaw oświecić mnie, że to o jakieś buchnięte ciastka chodzi. Zaproponowałem, żeby sierżant podał mi swojego maila, a on na to przystał, więc jeszcze z nadziejami, ale już na poziomie dogorywającej baterii w telefonie, zapowiedziałem wieczornego maila z moimi zeznaniami (bo te złożone na komisariacie, mimo mojego słowotoku, zajęły w formularzu raptem parę zdań, literówek komentować nie będę – więc wolałem zrobić to po swojemu) i dowodami. Mnie z kolei zaproponowano, żebym znalazł sobie świadka. Serio. Rok później, mam znaleźć świadka, który potwierdzi, co robiłem wieczorem w jakąś kwietniową niedzielę. Zasada domniemania niewinności już dawno poderżnęła sobie gardło, a ja miałem szukać świadka tego, że wieczornie kończąc weekend, przed poniedziałkowym powrotem do pracy, leżałem zapewne w łóżku oglądając serial.

Rzuciłem wszystko co miałem do roboty i wystrugałem tego maila, najkonkretniej jak potrafię. Dołączyłem wszystko, co miałem i poprosiłem o informację zwrotną, że dotarło. Po drugiej prośbie o potwierdzenie, że dotarło (a było to kilkanaście dni później), dowiedziałem się, że faktycznie dotarło. Tylko teraz to już zadecyduje sąd. Koniec części trzeciej.

Akt IV. Wyrok

Witam zatem w nowych czasach, czasach po sławnej erze „na razie może pan spać spokojnie”. Gdyby obrazowo przedstawić moje nadzieje na sprawiedliwość w tym kraju to można byłoby je porównać do półśniętej ryby, ostatniego żywego organizmu pływającego w jakimś zalanym ściekami dopływie Wisły. Łudziłem się jednak, że skoro roczny etap „badania sprawy” przez policję już za mną to sąd świeżym okiem zauważy to, co widać od razu, że ja po prostu nie pasuję do tej kradzieży, nie mogło mnie tam być i sam fakt, że poświęcam tyle własnego czasu na wyjaśnienia, piszę maile, dzwonię i tak dalej to naprawdę mocne argumenty. To ja ciągle udowadniam swoją niewinność, a jeżeli to za mało to niech sprawdzą, gdzie logował się mój numer telefonu w tym czasie – skoro policja nie mogła tego zrobić to niech zrobi to sąd i zobaczy, że logowałem się w Warszawie.

Pod koniec maja okazało się, że Żnin ma nie tylko kolejkę wąskotorową i dobry dojazd do Biskupina, ale również i sąd. Stamtąd przyszedł do mnie list, niestety wysłany znowu w rodzinne strony. Pech chciał, że w domu akurat nikogo nie było, więc zostało awizo, co zwiastowało kolejne problemy w majestacie prawa. Pani w okienku nie mogła, rzecz jasna, przekazać tego listu nikomu z rodziny, bo RODO to, RODO tamto, listonosz ma inne uprawnienia niż ona i tak dalej. Polecono mi jednak zrobienie upoważnienia na jakieś warszawskiej poczcie, które dożywotnio pozwoliłoby wskazanej osobie odbierać listy polecone w moim imieniu. Uzbrojony w wiedzę z Internetu podszedłem do okienka w jednej ze stołecznych placówek i wyrecytowałem, czego potrzebuję. Młoda dziewczyna po drugiej stronie nawet nie udawała, że wie, co mi chodzi, poprosiła o pomoc koleżankę i już nie wróciła. Koleżanka, zaskoczona inną robotą niż standardowy polecony do Sochaczewa, weszła – zupełnie nie wiem dlaczego – na tak wysokie tony, że po chwili rozumiały ją chyba tylko nietoperze. Poprosiłem, więc żeby się na mnie nie darła i po prostu zrobiła to upoważnienie, tak jak sobie wymarzyłem. Zreflektowała się, że chyba zareagowała zbyt emocjonalnie na niestandardową pocztową prośbę i od tego czasu była uprzejma. No, uprzejmiejsza niż przed chwilą. Do pomocy przyszła jeszcze trzecia pracownica, z działu łączności czy czegoś takiego i powiedziała mi, że upoważnienie może nie działać na przesyłki sądowe karne. W związku z tym, że liczyłem raczej na list z przeprosinami za zszargane nerwy i stracony czas, trzymałem pod stołem kciuki za to, żeby to co na mnie czeka, nie było opisane żadnym karnym przymiotnikiem. Warszawa próbowała dodzwonić się do poczty w Solcu Kujawskim, żeby podpytać o dokładny rodzaj listu, ale – będziecie zaskoczeni – nikt tam nie odebrał w godzinach pracy. Ostatecznie zapłaciłem za to upoważnienie (a jak, trzydzieści cebulionów prawie) u kobiety numer 4, opuściłem to piekło licząc, że jutro z rana wszystko pyknie. Oczywiście – nie pykło.

Musiałem zatem zmienić swoje weekendowe plany i w pierwszą czerwcową sobotę  wstałem o godzinie 4:50 (a tak wcześnie nie wstawałem chyba od 2015 roku) i kilkadziesiąt minut później wsiadłem do pociągu na Centralnej tylko po to, żeby trzy godziny później wysiąść na pięknym dworcu w Solcu Kujawskim i stawić się na poczcie. W związku z tym, że w kraju wszystko drożeje, a ja nie śmierdzę ostatnio groszem, ta najdroższa w historii wycieczka na pocztę tylko dowaliła mi do pieca, w którym już miejsca na dodatkowe atrakcje powoli brakło. Pani przy okienku chyba kojarzyła sprawę, bo na wstępie powiedziała mi, ze jej przykro, ale na listy z sądu karnego to te poświadczenia nie działają. Mnie po tej podróży wcale kłócić się nie chciało, przyzwyczaiłem się do tego, jak traktuje mnie system i zwróciłem tylko uwagę, że mogliby chociaż odbierać telefony to przynajmniej wiedziałbym, że nie muszę robić upoważnienia (w cenie dwóch obiadów), które i tak nie zadziała. Atmosfera na poczcie zaczęła robić się w sumie nawet przyjemna, pani była sympatyczna, ale kiedy rozerwałem kopertę i zobaczyłem niepokojącą treść, przerwałem te przyokienne heheszki i wyszedłem z budynku. Kiedy dzień wcześniej wychodziłem z pracy to żartowałem sobie, że nie wiadomo, czy wrócę. Okazało się, że wcale nie żartowałem.

Tak jak wspomniałem, spodziewałem się raczej umorzenia tej sprawy, w najgorszym przypadku zaproszenia do kolejnych zeznań, tymczasem listem przyszedł do mnie wyrok uznający mnie za winnego kradzieży na stacji PKN Orlen w niejakich Łaziskach (kolejna miejscowość do kolekcji na mapie tej superciężkiej kryminalnej sprawy, elo) i skazujący na karę grzywny w wysokości 500 zł oraz zadośćuczynienie Orlenowi w wysokości 7 złotych i 90 groszy. Poczułem, że dostałem z ogromnej biało-czerwonej łapy w ryj. Odechciało mi się spać, mimo że spałem tej nocy tylko trzy godziny.

Akt V. Help me

Kolejne godziny spędziłem w innym wymiarze. Kiedy analizowałem sobie swoją sytuację na chłodno, o ile tak się dało, zastanawiałem się, jak mogło dojść do tego, że wracam w sobotę rano ulicami rodzinnego miasta, w ręku trzymając wyrok skazujący za coś czego nie zrobiłem. Why, God, why?

Zadzwoniłem do tamtego policjanta z Janowca Wielkopolskiego, którego numer miałem zapisany, przeprosiłem, że robię to w sobotę, ale what the fuck z tym wyrokiem i czy on na pewno załączył mojego maila oraz moje dowody i przekazał je do sądu. Odpowiedział, że tak.  Więc spytałem, czy to możliwe, że sąd po prostu tego nie przeanalizował dokładnie. Odpowiedział, że nie. Wtedy jednak nie wiedziałem jeszcze, że policjant może się mylić. Im bardziej wczytywałem się w papiery, które dostałem, tym więcej absurdów w nich znajdowałem. Taki sam list z wyrokiem dostało w sumie piętnaście innych skazanych osób. Dopiero teraz (dopiero-teraz!) wyłonił się pełny obraz sytuacji 15 kwietnia 2018 – jednego wieczora na stacji benzynowej pojawiła się grupa ludzi, zapewne wracająca z jakiegoś meczu i, jak wynika z wyroku, każdy sobie coś buchnął. Według sądu – ja ukradłem coś za 7,90. Ktoś inny coś za cztery złote, a jeszcze kolejny za trzydzieści. Wszyscy dostali wyrok skazujący. Wszystkich dane znajdowały się w tej przesyłce, więc ja mam ich dane, a oni mają moje. Imię i nazwisko, urodzony tu i tu, dnia takiego, syn tego i takiej, z domu srakiej. Trzynaście z piętnastu osób na tej czarnej liście pochodziło z Olsztyna lub Grudziądza. Byłem jedyną osobą niepasującą do wzorca, urodzoną w innym mieście niż reszta, a mieszkającą w stolicy. Nie, nikomu to nie dało do myślenia.

Co więcej, odkryłem że na ostatniej stronie, wśród dowodów faktycznie wymienione są moje zeznania (i tylko moje) oraz dokumenty poświadczające płatności w stolicy (tylko moje – więc tylko ja z całej tej grupy próbowałem to wyjaśnić). Pomyślałem sobie że, ja o-ja-pierdole, ale jak bardziej mam udowodnić swoją niewinność, skoro to, co już dałem to za mało i właśnie zostałem skazany. Napisałem posta na Facebooku, w którym bardzo krótko opisałem, jakie nieszczęście o poranku zafundował mi mój kraj i poprosiłem znajomych o przejrzenie archiwów rozmów z kwietnia 2018, bo sam ich nie miałem. Być może z kimś się umówiłem albo komuś napisałem z kim się spotkam w tę pechową niedzielę? Potrzebowałem świadka. Moja wiara w praworządność i rzetelność organów państwa była tylko utopijnym wspomieniem. Szybko jednak się ogarnąłem i stwierdziłem, że nie mogę się poddać, w dupie z tymi pięcioma stówami (przestałem nawet przeliczać kwoty na obiady), ale nie mogę skończyć z wyrokiem.

Odzew na facebookowego posta był ogromny. Czułem się jak osoby z programów interwencyjnych, które opowiadają swoje smutne historie, a potem pół kraju im pomaga. Serio. Odezwało się do mnie wiele osób, z którymi na co dzień nie mam kontaktu, a nawet i w latach szkolnych miałem niewiele do czynienia, ale nasze drogi jakoś tak się połączyły wtedy i trwają wirtualnie do dzisiaj. Poza słowami otuchy, faktycznym przeglądaniu archiwów i wysyłaniu mi screenów, otrzymałem także szereg fachowych porad od osób, które są z przepisami za pan brat.

Dowiedziałem się zatem, że wyrok nakazowy, który przyszedł pocztą, wbrew zapewnieniom o dogłębnej analizie dowodów, wcale nie musiał być wydany po jakiejkolwiek analizie. Bardzo możliwe, że ktoś, nawet nie wiadomo czy sędzia, czy jakiś jego asystent, przy porannej kawie i ciastku masowo wszystkich skazywał. Winny? Nie odwoła się. Niewinny? Niech się męczy. Super, co?

Ja muszę się odwołać (to było dla mnie oczywiste) i mam na to siedem dni, co też było ujęte w tej epistolarnej obeldze w moją stronę. Jeżeli się nie odwołam  to wyrok automatycznie się uprawomocni. Po zaskarżeniu wyroku sąd, ale inny już sędzia, będzie musiał faktycznie przyjrzeć się sprawie i dowodom, a ja pewnie zostanę zaproszony na rozprawę (czyli opowiadał to samo po raz milionowy). Moja wiadomość na Facebooku spowodowała również coś niemożliwego, udało mi się odtworzyć ten weekend i znaleźć nie tylko cyfrowych świadków, ale świadków z krwi i kości, którzy gotowi są potwierdzić moją obecność w stolicy w tych dniach.

Dzień później zabrałem się zatem do pisania odwołania i choć wystarczyłoby napisać tylko jedno zdanie, to ja zdecydowałem się wysłać full pakiet z całą tą historią, dowodami i świadkami. Moi byli współlokatorzy odwiedzili nawet sklep, w którym w tamtą niedzielę dokonałem płatności i podpytali czy jakimś cudem jest szansa na nagrania z monitoringu. Niestety właściciel nie okazał się fanem archiwizacji wszystkiego z ostatnich 16 miesięcy, ale powiedział, że może wyjąć potwierdzenie płatności moją kartą z dokładną datą i godziną (na moich własnych wydrukach bankowych nie było dokładnej godziny, więc wiedziałem tylko, że 15 kwietnia 2018 płaciłem tam po 15:00, bo w niedzielę sklep ten jest o tej porze otwierany), co byłoby kolejnym punktem na liście mającej udowodnić moją niewinność. Niestety, pan ze sklepu powiedział, że przygotowanie tego może zająć mu kilka dni, więc mój sprzeciw do wyroku wysłałem w poniedziałek bez tego wydruku. Czas na odwołanie to siedem dni, ale nigdzie mi nie napisano, że liczy się data stempla pocztowego. Wydaje się to oczywiste, ale ile rzeczy w tej historii już wcześniej wydawało się dla mnie oczywistych? Czy wydawało mi się, że to niemożliwe, żeby dostać wyrok? No właśnie. Wolałem nie ryzykować i mieć pewność, że niezależnie od daty stempla, moja odpowiedź fizycznie pojawi się w Żninie do końca tygodnia.

Jak to ujął kolega z pracy, system chyba naprawdę uwziął się na mnie, bo list polecony i priorytetowy, wysłany pocztą polską w poniedziałek po południu, nie dotarł ani we wtorek. Ani w środę. Ani w czwartek. Zacząłem myśleć, że to chyba kurwa koniec, wyrok się uprawomocni, a kropkę nad i postawi świetnie działająca Poczta Polska. Zadzwoniłem do tego sądu z pytaniem, co w takiej sytuacji –  czy liczy się data stempla pocztowego, czy może sam mam jutro z rana wsiąść w pociąg i przywieźć sprzeciw w zębach? Dowiedziałem się, że stempel. No spoko. Podpytałem też, czy mogę dosłać do sprzeciwu dodatkowy dowód, bo właściciel sklepu przekazał mi ten wydruk już po wysłaniu listu (zakupy na osiedlu robiłem o 20:20, a rzekomej kradzieży 350 km dalej dokonałem godzinę później). Pracownica sądu powiedziała, że okej, mogę to dosłać na maila. W piątek przed południem dostałem potwierdzenie, w którym poczta „z przyjemnością” informuje, że mój polecony i priorytetowy list wysłany w poniedziałek właśnie dotarł do adresata. Tego samego dnia, jeszcze przed południem, wysłałem suplement do  dostarczonego sprzeciwu ze skanem od właściciela sklepu. Uprzejmie poprosiłem o informacje zwrotną, że wszystko dotarło. Nikogo chyba nie zdziwi, jak dodam, że odpowiedzi nie było.  

Tak to wygląda do teraz. Mój sprzeciw jest naprawdę konkretny i zawiera kilka argumentów nie do podważenia i kilka argumentów bardzo solidnych. Po cichu liczę, że może nie będzie trzeba męczyć świadków w tej sprawie, znajomych którzy przejrzeli swoje archiwa rozmów ze mną i okazało się już na 200 procent, że jednak siedziałem na bulwarach nadwiślańskich, a nie szykowałem się do skoku na stację benzynową. Skoku za siedem złotych z groszami, przypomnę. Jeden ze świadków mieszka obecnie w Niemczech, drugi – jak ja – jest w Warszawie i ta wycieczka do Żnina to naprawdę średnia frajda. Nawet bez świadków, a z innymi dowodami, trudno sobie wyobrazić inną decyzję niż uniewinnienie, ale już tego rodzaju naiwność przejawiałem przez ostatni rok kilkakrotnie, więc kto wie, jak to się skończy.

Post scriptum

Poza oczywistymi absurdami wynikającymi z tego co opisuję, mam jeszcze kilka innych, całkiem ciekawych i dość niebezpiecznych dla obywatela spostrzeżeń.

Spostrzeżenie nr 1: Nigdy nie kasuj archiwów rozmów.

Kto mnie zna ten wie, że na tyle ile mogę, staram się nie dawać śledzić aplikacjom i telefonom. Żyję sobie w takiej bańce, wmawiając sobie, że świetnie mi to idzie. Usuwałem nawet wszystkie stare rozmowy z Messengera co jakiś czas, żeby po prostu mi tak nie wisiały na wypadek np. włamania na konto. Nie, nie piszę tam o niczym nielegalnym, po prostu w kwestii prywatności i wycieków jestem tak natrętny jak Detektyw Monk w kwestii zarazków. Obróciło się to przeciwko mnie. Gdybym nie usunął kiedyś tych archiwów to mógłbym sam odtworzyć tamten weekend na podstawie rozmów, a nie być zdanym na łaskę znajomych. Duże szczęście, że dwoje z nich, z którymi miałem kontakt w ten dokładnie weekend, przejrzało wiadomości i mogą potwierdzić moją obecność w stolicy.

Spostrzeżenie nr 2: Chcesz być świadkiem? Nie chciej.

Przyznam szczerze, że moje dane na liście piętnastu winnych to spory policzek dla mego podejścia do prywatności  i szpiegowania. Tyle się gada o tym RODO, każda firma staje na rzęsach, żeby to wprowadzić, tymczasem wygląda na to, że sądów, tak jak kościołów, w ogóle to nie dotyczy. Nie wiem czy jestem jedyną niewinnie wkręconą i błędnie rozpoznaną osobą wśród tej piętnastki czy może jest tam ktoś jeszcze, taki jak ja, ale wszyscy mamy swoje imiona i nazwiska i możemy sobie stworzyć wesołą grupę dyskusyjną na Messengerze.

Jeszcze ciekawsze jest to, że do mojego wyroku dołączono papierek z nazwiskami świadków. Tak, znam imię i nazwisko pani X oraz pani Y, które to najprawdopodobniej pracują tej stacji benzynowej i odpowiadają za błędne rozpoznanie mnie na jakiejś klatce z monitoringu. Nadal mogę tylko domyślać się, jak do tego doszło, ale jak to widzę? Ano widzę to tak, że jakiś posterunkowy porównał tego rzekomego mnie z monitoringu z jakimś zdjęciem z systemu, np. z paszportu, pokazał tym dziewczynom, spytał „to ten?”, one powiedziały „to ten” i od tego czasu bujam się z tą sprawą, bo nikt tego głębiej nie przeanalizował. Po prostu nikt nie przyłożył się należycie do swojej roboty.

Nadal nie wiem jak to możliwe, że przez ten rok żadna z osób związana ze śledztwem nie ogarnęła, że ja po prostu nie pasuję do wzoru. I jak w ogóle pojawiłem się na możliwej liście podejrzanych, skoro nie mam kontaktu ani ze Żninem, ani z miejscowościami, z których pochodzą pozostali na liście.

Ale jak ktoś z Państwa będzie kiedyś chciał świadkować to niech uważa – nie wiadomo, kto później dostanie Wasze dane w kopercie z sądu i jak to dla Was się skończy.

Spostrzeżenie nr 3: Jak tu nie kochać Poczty Polskiej?

Nieodebranie przesyłki sądowej powoduje, że trafia ona do placówki pocztowej i tam czeka na adresata dwa tygodnie. Mimo usilnych prób, opisanych wyżej, nie mógł odebrać jej nikt za mnie, spoko, rozumiem. A wyobraźmy sobie teraz taką sytuację, że ten list przychodzi, kiedy ja jestem na dwutygodniowych wakacjach. Albo coś mi się stało i leżę dłużej w szpitalu. Po prostu mnie nie ma. Jakimś dziwnym trafem pomylono mój adres. Cokolwiek. Po dwóch tygodniach list wraca do sądu, ale ma status doręczonego. Oznacza to, że siedem dni na odwołanie upływa sobie powolutku, ty o niczym nie wiesz, a za tydzień – cyk, skazany, dziękujemy, następny. Sprawę tę siedem lat temu (!) poruszył Rzecznik Praw Obywatelskich – Irena Lipowicz, która wtedy napisała do władz: „Narusza to poczucie sprawiedliwości i bezpieczeństwa prawnego osób, których taka sytuacja dotyczy. Na tle obecnej regulacji kodeksu postępowania cywilnego możliwe są liczne nadużycia. Jako rzecznik spotkałam się niestety z przypadkami, gdy powód celowo podawał nieprawidłowy adres (mając świadomość, że pozwany np. od kilku lat przebywa poza Polską, a pod podanym w pozwie adresem nikt na stałe nie mieszka), i w ten sposób uzyskiwał natychmiast wykonalny wyrok zaoczny.” – źródło „Rzeczpospolita”, 4 stycznia 2012. Do dzisiaj nic się nie zmieniło.

Spostrzeżenie nr 4: A gdyby tam kogoś zabili?

Puszczam wodze fantazji i zastanawiam się, co by było, gdyby na tym Orlenie ktoś kogoś poćwiartował? Ja to jednak mam szczęście, że wrobiono mnie tylko w małą kradzież. Gdyby doszło do morderstwa to teraz nie pisałbym na swojej stronce tej arcyciekawej historyjki, a siedział na więziennej pryczy zastanawiając się jak przetrwać kolejny dzień w pudle. Odtwarzał sobie w głowie odcinki „Orange is the New Black” i „Prison Break” w poszukiwaniu podpowiedzi, jak dożyć do jutrzejszego obiadu. A za 18 lat może ktoś by jednak zdał sobie sprawę, że kurde – to nie był jednak ten koleś, wypuszczamy go? Milion złotych na otarcie łez?

Dawno temu szef MSWiA, Bartłomiej Sienkiewicz, w nielegalnie podsłuchanej rozmowie szczerze ocenił kondycję państwa. „Chuj, dupa i kamieni kupa” – powiedział minister.

Wiele lat później, potwierdzam. Polska działa zajebiście.  

Jestem na Facebooku (klik!), Instagramie (klik!) i Twitterze (klik!).
UWAGA! Są i dalsze perypetie, ciąg dalszy: Nudne życie po wyroku.

You Might Also Like

32 odpowiedzi do “Zostałem niewinnie skazany i nie jest to clickbait”

  1. Ktoś powinien zostać za to pociągnięty do odpowiedzialności i nie chodzi tutaj o zemstę czy poczucie sprawiedliwości, tylko o jasny sygnał na przyszłość dla osób którzy się tym zajmują aby czytali i sprawdzali takie dowody, zeznania i rzetelnie wykonywali swoją pracę, a nie działali na zasadzie klepnę to i idziemy dalej, trzeba teraz taki szum zrobić aby bali się konsekwencji swojej beztroski i tumiwisizmu, bo jak autor pisał dzisiaj to 7,90 zł a jutro np. gwałt na dziecku, a ludziom nie wytłumaczysz że nie jesteś pedofilem i ktoś się pomylił, łatka zwyrola zboczeńca przylgnie do nas dożywotnio niszcząc nam znajomości, pracę itd.

  2. Dziwna sprawa, współczuję, ale strasznie ciężko się czyta twój opis, jest co najmniej 3 razy dłuższy niż trzeba. Wydaje się po nim jakbyś próbował sprawiać wrażenie bardziej elokwentnego i zabawnego niż jesteś i bardzo nienaturalnie to wyszło, pomijając już że w tego typu poważnych sytuacjach jest to niepotrzebne i nie na miejscu. Bez urazy, ale opowiadasz poważną historię i naprawdę nie ma potrzeby tutaj zabawiać czytelników jakimiś pseudointeligentnymi popisami oratorskimi. Zamiast liczyć na internet powinieneś już zawczasu wynająć sobie dobrego prawnika, bo jak sam już słusznie zauważyłeś bycie niewinnym i przykładnym obywatelem nie chroni przed pomyłkami aparatu państwowego, silnego wobec słabych i słabego wobec silnych.

    1. Dzięki. Prawdę mówiąc, nie liczę na pomoc Internetu, bo wszystko co mogłem zrobić w tej sprawie, zrobiłem zanim opublikowałem ten tekst. Pojawił się on tu już kilkanaście dni temu i byłem po konsultacjach ze znajomymi, którzy są adwokatami. Wyjaśnili mi oni mechanizmy działania tego typu wyroków i wskazali kolejne kroki, które poczyniłem. Ja po prostu opisałem ostatnie 12 miesięcy.

      Tekst napisałem w stylu dość luźnym, bo wtedy już trochę zeszło ze mnie ciśnienie i wylałem wszelkie frustracje na innych płaszczyznach :), no i pozostałe posty piszę w podobnym tonie – założyłem sobie tę stronę, żeby raz na jakiś czas coś wrzucić, a wątek wyroku pojawił się niespodziewanie. Nie był to tekst pod wykop i nie sądziłem, że jak dzisiaj wrzucę tam linka, to wpadnie on od razu na główną. Ale całkiem miłe zaskoczenie, bo jednak uważam, że warto nagłośnić to, jak działają te „wyroki nakazowe” oraz pokazać, jak te dane osobowe są w sądach traktowane.

      Sam czytam wykop od wielu lat i już nie raz wyniosłem jakieś ciekawe podpowiedzi dot. różnych sytuacji, więc może ktoś czytając moją historię też coś dla siebie znajdzie.

      A jeżeli chodzi o formę to faktycznie, są głosy, że za dużo tekstu, ale więcej dostałem pozytywnych feedbacków. Mam świadomość, że trochę może płynę (nawet w tym komentarzu), więc powalczę z tym na przyszłość.

      1. Ja się z komentarzem Aureliusza nie zgodzę. Czytało się to bardzo dobrze, nie widzę potrzeby zmian. :)

        1. No ja też słabo się z Aureliuszem zgadzam.
          Sprawa poważna jak siedem dziewiędziesiąt. Trochę sprzyjał Ci niefart w tej historii ;)
          Pewnie ostatecznie skończy się na uniewinnieniu, ale trzeba przyznać, że ubaw musiałeś mieć po pachy.

          Powodzenia :)

          1. A ja sie z Aureliuszem zgadzam – do połowy czyta sie jeszcze dobrze – potem juz męczy ten tekst. Za duzo tych „odpłynięć” i porównań – skutkuje to ze chwilami miałem wrażenie ze czytam książkę przygodową dla nastolatków. Sprawa ważna i współczuje, ale tekst sprawia wrażenie jakby był pod publikę, mocno podsycony, mający na celu pokazać Twoja twórczość pisarską. Gdyby go okroić o to co zbędne, byłby o polowe krótszy i z automatu czytelniejszy.
            Trochę z tą dramaturgią za mocno poplynąłeś…
            Mimo wszystko powodzenia!

  3. Akt oskarżenia skierował policjant, który to akt oskarżenia zatwierdził prokurator (na 99%), zatem to on był odpowiedzialny za ustalenie osoby oskarżonej i tego, czy dopuściła się czynu o określonej godzinie dnia.

  4. Na pocieszenie powiem, że gdyby byl trup. Sprawa inaczej by wyglądała i poważniej by podchodzono. Wtedy naprawdę się bada to i owo i takie przypadki w tym kraju w takiej skali są b rzadkie, ale są (sprawa Komendy czy jak ten niewinny chłopak się nazywa)
    A tak tutaj była kradzież na małe kwoty. I każdy niestety miał w dupie detale i nikt pewnie nie czytał że zrozumieniem sprawy , że ten a ten nie pasuje tutaj wgl.

    1. No niestety. Z tym trupem to puściłem nieco wodze fantazji, sądzę że w takiej sprawie nikt nikogo by jednak listownie nie skazał. ;)

  5. „wtedy wpuściła ich mówiąc, że od dwóch lat mieszkam w stolicy”

    „bo go mama po prostu nie znała”

    No i w tym miejscu przestalem czytac, bo co to znaczy, ze rodzina od dwoch lat nie zna twojego adresu?

    1. Ale co jest w tym kontrowersyjnego? Listów sobie nie wysyłamy, kontakt mamy stały innymi kanałami, wynajmowałem wtedy pokój, nie było to moje mieszkanie.

      Nie byłoby problemem załatwić ten adres w ciągu minuty, ale policjanci jakoś nie nalegali na to, kiedy mama im oznajmiła, że nie wyrecytuje go z pamięci.

    2. A co w tym dziwnego? Połowa mojej rodziny nie wie, gdzie mieszkam, a druga połowa owszem, wie – jak dojechać, ale gdyby mieli podać z pamięci ulicę, numer domu i mieszkania? Ni chuchu. A mieszkam tu, gdzie mieszkam od 10 lat.

    3. Nie znam dokładnego adresu prawie nikogo z rodziny w tym matki. Dojechać umiem do każdego. Gdzie kontrowersja?

  6. Wyrazy sympatii i współczucia. Niestety każdego może to spotkać, system już taki jest, szczęście w nieszczęściu, że zdecydowana większość spraw jest prowadzona ok i Twoja historia należy do rzadkości (mniejszości?). Nie ma co się martwić, dobrze, że do końca dociekałeś swojego a nie olałeś sprawy – wtedy nie byłoby ratunku. Pomyłki się niestety zdarzają nawet najlepszym.

    Prośba o uwiarygodnienie: rozumiem, że chodziło o tą stację: PMJ6+H4 Rogowo https://goo.gl/maps/9e4Fb826GM9euehS6

    Czy możesz podać sygnaturę sprawy?

    1. Dzięki za miły komentarz, po serii obelg, które musiałem stąd wywalić (nadal nie wiem, dlaczego ktoś chciał w ogóle je tu pisać? :D) – całkiem przyjemna odmiana.

      Wygląda na to, ze to ta stacja, w wyroku podane były właśnie Łaziska.

      Do czego potrzebna Ci sygnatura sprawy?

      1. W sumie to po to by zamknąć usta hejterom, a i do kilku rzeczników można by w tej sprawie napisać. Wyroki sądu są informacją publiczną, więc pomyślałem, że w czynie obywatelskim kilka maili ode mnie i od znajomych mogłoby dać do myślenia osobom odpowiedzialnym za Twoją historię. W kupie siła

        1. Na wykopie wrzuciłem fragmenty wyroku dot. mnie, dla tych, którzy nie dowierzali.

          Co do dalszego informowania świata o niesprawiedliwościami to mam chwilową przerwę związaną z korzystaniem z upału. Odezwało się wstępnie kilka redakcji, ale na razie cisza, sam tez podesłałem linka gdzieniegdzie, zobaczymy.

          Bardzo doceniam chęć pomocy! Jednak wrodzona ostrożność podpowiada mi najpierw sprawdzić czy powinienem rzucać publicznie sygnaturą sprawy. :D

          1. Jasne, nie nalegam, rozumiem. Trzymam kciuki za pozytywny koniec całej przygody z polskim wymiarem sprawiedliwości, powodzenia

  7. Pozwoliłem sobie wywalić wulgarne komentarze z kolorowymi epitetami w moją stronę (przez co również zniknęły odpowiedzi do nich). Nie mam nic przeciwko soczystemu językowi, ale stwierdziłem, że mięsko w stylu „dobrze ci tak cwelu”, „pierdolisz chuju” oraz „jak można być takim kretynem, żeby dać się wrobić” niech gnije sobie gdzie indziej. Na wykopie pod tym linkiem pojawiło się prawie 300 komentarzy i tam gdzie ktoś mnie wywoływał, bo miał wątpliwości wynikające z treści wpisu, na bieżąco starałem się wyjaśniać i dyskusja była zdecydowanie bardziej merytoryczna.

    https://www.wykop.pl/link/5015007/zostalem-niewinnie-skazany/

    ¯\_(ツ)\_/¯

  8. i o co ten ból dupy? przecież nie siedziałeś w więzieniu a ja tak ze 4 lata i mam zryta psyche i schizofrenie

  9. Nie wiem, kto wypisuje te eleganckie komentarze, pewnie prawdziwe Sebixy, którym nawet do głowy by nie przyszło, żeby sprawę wyjaśniać z własnej inicjatywy, tacy co zawsze coś mają na sumieniu 😉. Twoja sprawa utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że system zawodzi i to mocno. Pomyśl tylko, że mogłeś to olać na samym początku, bo przecież cię tam nie było, jakaś pomyłka, nie będę się sam pucował. Mogłeś to olać w każdym momencie, czasu było sporo. Trzeba o tym mówić, pisać, nagłaśniać. Ty byłeś wrobiony tylko w „marną kradzież””, ktoś inny odsiedział 20 lat za morderstwo, którego nie popełnił. Powodzenia, mam nadzieję, że sprawę da się wyjaśnić do końca, oczyścić z (jak to nawet brzmi?) zarzutów i zapomnieć 😉.

    1. Dzięki!

      Musiałem wprowadzić moderację i akceptację komentarzy, bo zalecało trochę atmosferą z sekcji komentarzy na Onecie czy innej Interii. (:

  10. Przerabiałem podobny temat jednak z mandatem. Generalnie wyszło na to, że gdybyś nic nie robił, to rezultat był by taki sam lub sprawa została by umorzona. A tak to straciłeś nerwy i kupę kasy. Z tym wyrokiem teraz udać się do prawnika. Wytoczyć proces przeciwko skarbowi państwa, zgarnąć odszkodowanie i więcej się tematem nie przejmować. Tego typu sprawy rozpatruje się zaocznie, hurtowo. Nikt nie będzie traktował Twoich odwołań poważnie. Możesz temat zamknąć lub iść z tym do sądu.

    1. Idę do sądu, sprzeciw do wyroku nakazowego powoduje, że sprawa musi być rozpatrzona na normalnych zasadach i w końcu ktoś zajrzy do dowodów niewinności. A może i je przeczyta.

  11. Panowie to żaden prokurator, to była sprawa o wykroczenie. Kradzież w tej kwocie jest wykroczenie. Szymek masz prawo wnieść wniosek do sądu o wgląd do akt i tam będziesz miał informacje w jaki sposób zostałeś „rozpoznany”.

  12. Niezła historyjka, ale paradoksalnie niepotrzebnie tak drążyłeś tę sprawę i niepotrzebnie im się ciągle przypominałeś. Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że gdybyś to olał, to sprawa trafiłaby gdzieś do szafy, wszyscy by o niej zapomnieli, a po jakimś czasie przyszedłby ci list z informacją, że sprawa została umorzona.

    1. Wydaje mi się, że gdybym nie drążył to i tak finał byłby taki sam, wyrok dostało listownie 14 innych osób i sądzę, że większość z nich raczej nie próbowała tego wyjaśniać (chyba, że ktoś tam był też „błędnie rozpoznany”).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.