Czasem bywam w telewizorze

Nie poszedłem na to spotkanie z dziennikarzem Polsatu, który parę lat temu kopsnął się na uniwersytet gdzieś na Kujawach, żeby studentom dziennikarstwa opowiedzieć o braku wolnych miejsc w zawodzie. Był to Jarosław Gugała, ten siwy pan, który głośno łapie powietrze co cztery wyrazy zapowiadając materiały w polsatowskich „Wydarzeniach” (obecnie już tylko po 22:00 i to w Polsat News, zatem: degradacja). Ja poszedłem na ten kierunek, chociaż uznałem go za średnio atrakcyjny z innych – niż zabetonowanie wakatów – powodów. Wydaje mi się, że dziennikarstwo trudno studiować, bo to raczej kwestia zainteresowań i większego lub mniejszego talentu – do pisania, mówienia, prezentowania czy szukania informacji. Po mojej trzyletniej przygodzie z uniwersytetem w Bydgoszczy, której najatrakcyjniejszym epizodem był semestralny wypad na Erasmusa do Wilna, nagrałem nawet lekko ironiczny filmik podsumowujący studencką karierę i, o dziwo, zyskał on dość sporą popularność, nie tylko wśród kolegów ze studiów i znajomych z Facebooka. Te studia były po prostu najbliższe moim zainteresowaniom, więc stwierdziłem, że może coś tam dla siebie znajdę. A kariera jutubera jednak mi nie wyszła, bo poza tym materiałem i może trzema innymi, nie umiałem stworzyć czegoś, co by mnie zadowoliło, więc pliki lądowały w koszu. Czy to błąd? Nie wiem. Gdybym wtedy wyeliminował poczucie wstydu i tak jak większość przezabawnych ziomeczków z YT bez zażenowania po prostu wrzucałwrzucałwrzucał wszystko co popadnie, dzisiaj nie musiałbym robić wydarzenia z otwarcia własnej strony internetowej, na którą wejdzie, przy pomyślnych wiatrach, kilkadziesiąt osób. Publikowałbym natomiast zdjęcia z dzikich plaż popijając jakiś tam napój w pełnym słońcu jako influencer czy inna wideoblogerka. No mogę się pochwalić, że mój najpopularniejszy klip w momencie zdjęcia go z sieci miał prawie pół miliona wejść i była to autorska, że tak powiem, relacja z urodzin Radia Maryja. Wyszło dość zgrabnie i w każdą kolejną rocznicę u Rydzyka licznik wyraźnie podbijał, ale co z tego skoro dzieciak, który zniszczył hotelową łazienkę w Grecji zalewając ją wodą i zrobił z tego relację, miał milion na starcie. Takie rzeczy się robi. Takie rzeczy się ogląda. Widziałem to na wykopie (którego społeczność miała, całe szczęście, podobną opinię do mojej, czyli „proszę przestać”). Pamiętam, że podczas moich jutuberskich dni, film o urodzinach u ojca dyrektora nagrał pewien inny gość, na którego trafiłem przypadkowo po latach i chociaż cała jego umiejętność to prezentowanie z nieco sztucznym luzem trzech aktualnie najpopularniejszych klipów w sieci (podkreślmy zatem z nutą lekkiej zawiści: wrzuca coś, co już wszyscy widzieli i nie ma tam miejsca na kreatywność), to jego widownia dziś idzie regularnie w setki tysięcy wyświetleń. No matter what. No kurde. Przyznam szczerze, że pasowałoby do mnie określenie hejter-łamane-na-zazdrośnik jeżeli chodzi o to środowisko i to tylko po części z powodu, że materiały na polskim YT to dramat. Pewnie inaczej bym śpiewał, gdybym był częścią tego dramatu i mógł olewać negatywne opinie, a nie je tworzyć. Nie czuję się jednak aż tak źle, bo myślę że wyszła mi inna ścieżka kariery – czyli praca w mediach. O tym chcę trochę napisać. Może ktoś trafi na ten tekst i pomyśli sobie, że nie warto słuchać ludzi pokroju Jarka z Polsatu. Sam lubię czytać różne historie, więc jest szansa, że nie będę jedynym odbiorcą tego tekstu i ktoś coś dla siebie z tego wyciągnie.

W skrócie: jestem z małego – ale fajnego – miasta, studiowałem w niewielkim ośrodku, udało mi się jednak prowadzić programy w popularnej telewizji muzycznej VIVA Polska, a obecnie pracuję w CANAL+. Zarzucę jeszcze banałem że praca to moja pasja (pod którym jednak chyba tłumy podpisać się nie mogą, więc się pochwalę tym głośno w tych ciężkich dla milenialsów czasach), ale faktycznie odkąd tu jestem to czuję, że robię to co lubię, lubię to co robię, a wszystkie stresy zawodowe porzuciłem wraz z rzuceniem wypowiedzenia w firmie IT, gdzie też chyba dobrze mi szło, ale tak naprawdę byłem jak ten pies w laboratorium z memów „No idea what I’m doing” i stwierdziłem, że nie będę w stanie utrzymać tego pozytywnego wizerunku, kiedy zaproponowano mi nieco wyższe stanowisko. Tam wszystkie moje IT-braki w końcu by się ujawniły, uciekłem więc jak mysz z tonącego okrętu mojego dobrego samopoczucia, wskakując na znacznie lepszy karierowy wycieczkowiec.

VIVA POLSKA

Do VIVY (która, niestety, zniknęła już z polskiego rynku, a po 25-latach istnienia, wraz z końcem 2018 roku, zniknie również ze swojej niemieckiej ojczyzny) trafiłem pod koniec studiów. Były to czasy, kiedy na antenie królowała jeszcze najróżniejsza muzyka oraz programy ściśle z nią związane. Jednym z nich była lista przebojów „Polska Stówa”, gdzie pokazywano najpopularniejsze polskie teledyski w historii kanału, a komentowali je zaproszeni goście – piosenkarze, celebryci związani z VIVĄ oraz widzowie. Dla nich przygotowano wcześniej casting, który polegał na nagraniu 30-sekundowego filmiku i podesłania go do telewizji – akurat wtedy byłem jeszcze na etapie planowania kariery youtube’owej, więc miałem online ze dwa w miarę dobre materiały, które im podesłałem zamiast nagrywać coś nowego. Na przełomie 2012 i 2013 roku zadzwonił telefon i Agnieszka, head of VIVA, pani dyrektor, a przy okazji i matka chrzestna moich telewizyjnych dni, powiedziała, że jednak fajnie czytałem te „Pięćdziesiąt twarzy Greya” z koleżanką w uniwersyteckiej bibliotece i mogę śmiało wpadać na nagrania. No to pojechałem.

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 

skaczę po kanałach, a tam… #ja #me #tv #telewizja #vivapolska #viva #polska #mtv #talk #boy #surprise #rerun

Post udostępniony przez @ szymeksokol

Wcześniej dostałem rozpiskę „moich” odcinków z listą teledysków. Po dogłębnej analizie każdego z wideoklipów, zrobiłem nawet coś na wzór scenariusza – przygotowałem mniej lub bardziej błyskotliwe teksty, które wałkowałem jadąc pociągiem TLK do stolicy i w końcu pojawiłem się w, o ile mnie pamięć nie myli, Studiu Tęcza, gdzie nagrywano program. Nie wiem czy równie kolorowo odegrałem swoje wszystkie sarkastyczno-ironiczne kwestie, ale nie skłamię pisząc, że kiedy kilka tygodni później czatowałem codziennie po 19:00 na własny debiut to okazało się, że dano mi całkiem sporo czasu antenowego nie tylko w porównaniu do innych komentatorów z castingu, ale również do ówczesnych gwiazd. Co prawda we własnych oczach byłem jedynie zgarbionym hejterem (mam to chyba we krwi), który narzeka na nadprodukcję radiowych „smutnych Grzeszczaków”, natomiast Dodę i Edytę Górniak, o dziwo, docenia. I być może to właśnie z tych powodów nie wracam do tamtych nagrań zbyt często, ale wiszą sobie one w sieci – na YouTube , Vimeo czy w IGTV. Pamiętam emocje towarzyszące podczas emisji mojej twarzy w popularnej stacji młodzieżowej – były naprawdę spore i muszę przyznać, że pojawienie się w ogólnopolskiej telewizji w roli większej niż statysta uważałem wtedy (i uważam nadal) za całkiem duże osiągnięcie.

Zima minęła i VIVA ogłosiła casting na swoją nową twarz. Trafiłem na reklamę w TV, ale po przeczytaniu regulaminu zdecydowałem się jednak nie wysyłać swojego zgłoszenia. Nie pamiętam dokładnie, co wtedy działo się w mojej głowie, że tak łatwo odpuściła te wybory, ale regulamin jasno stawiał sprawę – wszystkie koszty typu dojazd ponosi uczestnik, więc zakładając, że przeszedłbym do ostatniego etapu (zakładałem wersję optymistyczną) to nieźle musiałbym się wykosztować na wycieczki pociągami do stolicy, a byłem wtedy spłukanym studentem kończącym kierunek humanistyczny i niewiedzącym czy będę miał niebawem za co chleb kupić. Dodatkowo pewnie trochę się cykałem i nie chciałem opuszczać swojej, biednej bo biednej, ale strefy komfortu. W tym momencie znowu należy wspomnieć ciocię Agę z VIVY, która pewnego wiosennego poranka sama do mnie zadzwoniła z pytaniem, dlaczego nie ma mnie na liście kandydatów – odpowiedziałem mniej więcej to samo, co tutaj i co tu dużo mówić – namówiła mnie… z adnotacją, że program nie obciąży mojego skromnego budżetu (co za ulga!). Wiosenny casting był znacznie inny niż te poprzednie programy typu „Hot or Not”, gdzie uczestnicy musieli nago przechadzać się przed jury w postaci Michała Wiśniewskiego czy imitować dźwięki podnieconego jelenia przed Kasią Cerekwicką, po to żeby później móc z ekipą VIVY wyjechać nad morze i zrobić kilka sond ulicznych. Od samego początku należało wykonywać zadania reporterskie i prezenterskie, wszystko to rejestrowała kamera i później leciało na antenie. W pierwszym etapie, załoga VIVY odwiedzała kandydatów (po trzech na odcinek programu) w ich rodzinnych miastach – wpadli zatem do mnie do Solca Kujawskiego, nagraliśmy parę scen u mnie w domu, z których zmontowano materiał a’la wizytówka i przedstawiono mi moje pierwsze zadanie, czyli pokazanie ciekawych miejscówek w mieście. Czas trochę naglił, bo jednego dnia należało nagrać całą trójkę do jednego odcinka, na szczęście w Solcu udało się nakręcić wszystko w okolicach JuraParku i naszego jedynego, kultowego w pewnych kręgach miejsca spotkań, czyli Bowling Clubu. Pogadałem trochę o dinozaurach z Kasią Kępką, prowadzącą program, ludzie z JuraParku zrobili sobie zdjęcie z ludźmi z VIVY, na końcu zapowiedziałem jeden teledysk do polskiej listy przebojów i telewizja wyjechała ode mnie nagrywać rywali z okolicznych miejscowości. Niestety, na wyniki musiałem czekać aż do emisji, więc dopiero z telewizora dowiedziałem się, że przeszedłem dalej i tym razem jadę do Warszawy. W odcinkach półfinałowych wszystkich dotychczasowych zwycięzców połączyli w pary, które w danym epizodzie miały do wykonania dokładne te same zadania – pamiętam, że najpierw chodziliśmy po mieście próbując wypytywać przechodniów pod Złotymi Tarasami o różne fajne rzeczy w sondach ulicznych, później mieliśmy wywiad ze – znaną wtedy z VIVY – piosenkarką Candy Girl, a na końcu znowu zapowiadaliśmy teledyski wraz z newsami, tym razem ze studia. Ponownie wyniki ogłoszone były na ekranie, a tutaj w pamięć zapadło mi, że Justyna Kozłowska, druga prezenterka VIVY, przy ogłaszaniu laureata powiedziała, że bardzo ładnie wyglądam. Było mi bardzo miło, bo ja skromny chłopak jestem, więc poinformowanie widzów, mnie i mojej rodziny, że wchodzę do finału było już tylko wisienką na tym przesłodkim torcie. Z połechtanym ego kilkanaście dni później znowu wróciłem do stolicy, by nagrywać odcinek finałowy. Została nas czwórka, trzy fajne dziewczyny i ja. Pamiętam, że nikt nie chciał zdradzić nam na czym będzie polegał finał, polecono jednak wziąć strój sportowy, więc miałem pewne obawy, czy chcę się kompromitować przez telewidzami – okej, może zrobię nawet sporo pompek, dość szybko biegam (przynajmniej w porównaniu do osób, które nie biegają wcale) i lubię rower, ale gdyby o zostaniu prezenterem VIVY decydował konkurs rzutów do kosza czy mecz w siatkówkę, no to elo. Okazało się, że w wielkim finale każdy będzie miał nieco inne zadanie – wszyscy mieliśmy zapowiadać newsy w „trudnych warunkach”, przy czym każdego trudne warunki były różne. Ja miałem mówić podczas wspinaczki w parku linowym, więc nie było tak źle. Dziewczyny miały na przykład zapowiedź w samochodzie rajdowym podczas szybkiej jazdy (każdy mógł się gaznąć) czy z wiatrem z konfetti wiejącym prosto na twarz. W związku z tym, że już wcześniej wykonaliśmy wiele innych zadań, to obecnie została nam tylko zabawa i po tym odcinku miał zostać wybrany zwycięzca. Akurat podczas emisji (bo, tradycyjnie, telewizor był źródłem wyników) byłem na wakacjach, więc finał oglądano u nas rodzinnie i po wszystkim mama zadzwoniła do mnie z komunikatem, że ostatecznie zdecydowano się wybrać Nową Twarz VIVY w wersji podwójnej, czyli Ninę i mnie. A potem poszedłem nad morze.

Trochę szkoda, że po tak dużym i fajnym castingu wiatr zmian w VIVIE zaczął wiać z większą prędkością i w kolejnym sezonie telewizyjnym na antenie został tylko jeden program z prezenterami, a konkretniej – z ostatnią prezenterką Kasią, do której dołączyliśmy. Był to magazyn „In & Out” czyli cotygodniowe kulturalne podsumowanie tygodnia – coś jak „Co za tydzień!” w TVN. Nie przeprowadziłem się zatem do Warszawy, a po prostu dojeżdżałem raz na jakiś czas na nagrania do programu. Były to większe i mniejsze relacje, które pozwoliły mi liznąć całkiem sporo telewizji i trochę show-biznesu od drugiej strony: pytałem celebrytów o różne pierdołki, relacjonowałem duże wydarzenia takie jaki Top Gear Live na Stadionie Narodowym czy spotykałem osoby znane z radia i telewizji na rozdaniach nagród kolorowych magazynów. Niestety, wiać zaczęło tak ostro, że po kilku miesiącach wywiało z anteny i ten nasz program, a cała kasa w produkcje poszła na seriale typu „Miłość na bogato” czy reality-show o życiu Natalii Siwiec. Dla prezenterów już nie było miejsca. Szukając plusów trzeba przyznać, że po mnie już nikogo nowego na antenie nie było, więc mogę chwalić się, że jestem ostatnim chłopcem, który dzierżył kultowy mikrofon VIVY w swej dłoni. Po jakimś czasie z VIVY muzyka zniknęła całkowicie na rzecz programów, a po kilkunastu miesiącach wywalono jednak te programy z powrotem na rzecz muzyki, ale chyba było już za późno. Marka, chociaż kultowa, zniknęła w 2017 roku kończąc jako szafa grająca z zapętloną plejlistą EDM. Dzisiaj w jej miejscu nadaje MTV Music Polska.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 

#me on the #telly

Post udostępniony przez @ szymeksokol

 

Dla mnie to była świetna przygoda, szkoda że nie mogłem jednak rozprostować skrzydeł jako prezenter – w końcu dużych relacji z większych wydarzeń nie miałem aż tak wiele. Co więcej: za każdym razem towarzyszył mi inny producent i nakierowywał mnie na swoje wizje, a wizje każdego producenta były różne, więc i ja musiałem trochę tańczyć jak mi zagrają. Nie zdążyłem wyrobić swoich naturalnych zachowań przez kamerą, ale i tak było bardzo ciekawie. Wspominam to jako jedno z najlepszych doświadczeń. Uśmiecham się zatem i przechodzę do rozdziału drugiego.

CANAL+

Po VIVIE przez dwa lata się trochę bujałem – próby wbicia się do innych dużych mediów mi nie wyszły, więc telewizyjnie zaczął na mnie osiadać kurz, bo nawet powtórek „Polskiej stówy” nie puszczali już po nocach. W międzyczasie pracowałem w rodzinnym Solcu Kujawskim, później trafiłem na ogłoszenie CANAL+, ale aplikowałem ostatniego dnia rekrutacji, więc nikt nawet na mnie nie spojrzał. Na rok wylądowałem w Atosie w Bydgoszczy. Chociaż IT to zdecydowanie nie moja dziedzina, to ze względu na atmosferę pracy i fajnych ludzi dookoła, ten okres również wrzucam do worka z miłymi wspomnieniami. Po jakimś roku trafiłem jednak ponownie na to samo ogłoszenie CANAL+, tym razem jednak zobaczyłem je pierwszego dnia rekrutacji i od razu się zgłosiłem. Aplikowanie przez pracuj.pl jest o tyle dobre, że widzisz czy pracodawca otworzył twoje zgłoszenie. Przez kilka dni nie dostałem takiej notyfikacji, więc wysłałem osobnego maila, już bezpośrednio do firmy, że bardzo mi zależy i proszę mnie zaprosić – więc mnie zaprosili i tak stałem się specjalistą do spraw ramówki (in your face, Jarosławie Gugało). Jest to praca raczej z drugiej strony kamery, a nawet często daleko od niej, ale skoro jako kilkuletnie dziecko na kartce papieru A4 często układałem sobie swoje własne ramówki do istniejących kanałów albo nawet wymyślałem nowe kanały telewizyjne to oznaczało, że macierzysta planeta wezwała mnie do domu. I teraz mogłem to robić za pieniądze! W pierwszym etapie układałem tzw. ramówkę dzienną, czyli głównie wrzucałem na antenę zwiastuny, reklamy, plansze sponsorskie i wszystko to, co leci pomiędzy głównymi pozycjami na ekranie, a robić to musiałem tak, żeby programy wchodziły punktualnie. Obecnie mam swoją antenę, którą jest CANAL+ FILM i tutaj już wrzucam sobie różne filmy o różnych porach, żeby wygodnie było mi je oglądać jak wrócę do domu. Tak. Zarządzam kanałem, rozmieszczam wszystko jak najlepiej umiem, wymyślam nawet wieczorki tematyczne, do których powstają fajne zwiastuny i patrzę czy widzom wszystko podoba się tak bardzo, jak i mnie. Bo mnie się podoba. A szczególnie mnie się podobało, kiedy jako świeży pracownik wracałem sobie na jakiś weekend do domu rodzinnego, odpalałem CANAL+ FILM w salonie i chciałem, żeby wszyscy podziwiali jaki fajny zrobiłem wieczór abonentom. Praca sprawia mi frajdę – dodatkowo oglądam filmy i seriale przed premierą, decyduję o kategoriach wiekowych, mam dostęp do wyników oglądalności i satysfakcji klientów, czasem uda się zakręcić przy produkcji telewizyjnej np. naszym serialu „Belfer” czy nowym szpiegowskim serialu „Nielegalni”, który właśnie nadajemy. Cwanie wbijam się na firmowe eventy, bo jest tam dobre jedzenie.

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 

#święta na antenie ☄

Post udostępniony przez @ szymeksokol

Raz nawet byłem o włos od pojawienia się w jednym z naszych canaplusowych programów jako prezenter, ale na ostatniej prostej coś nie wyszło. Dlatego kolejnym etapem telewizyjnym, bonusowym – ale jednak na ekranie – została „Ukryta prawda”. Jak tam zagrać? Jak do tego doszło? Po co, po co, po co?

UKRYTA PRAWDA

Pomysł powrotu na ekran, chociażby na chwilę (i po to, żeby babcia mogła mnie zobaczyć w telewizorze, w końcu VIVY nie miała), pojawiał się w mojej głowie co jakiś czas. Pomysł na błyśnięcie w jakimś paradokumencie był dość naturalną konsekwencją chęci spełnienia wszystkich celów ekranowych przed 30-stką, bo skoro nigdzie indziej mnie nie chcą to stwierdziłem, że tam załapać się na odcinek nie będzie wybitnie trudno (dobra, nigdy nie wiadomo – ale w mojej głowie byłem zawsze wybitnym aktorem czekającym tylko na odkrycie i tego się trzymałem tworząc ten chytry plan). Coś mnie jednak powstrzymywało od wysłania zgłoszenia: mięsny jeż, syn-wampir z katolickiej rodziny czy biseksualny jogin odmawiający podłączenia kroplówki, bo to się gryzie z jego przekonaniami to tylko kilka z przykładów bohaterów z takich produkcji, które znam nawet ja, a nie oglądam tych seriali na co dzień. No i nie chciałem zostać kimś takim. Babcia mogłaby nie zrozumieć.

Jednak w pewną lipcową sobotę poszedłem nagrać wizytówkę w STARS Impresariat, czyli firmie, która rekrutuje do różnych telewizyjnych przedsięwzięć, odgrywając na szybko przed kamerą scenkę i mówiąc parę słów o sobie. Telefon zadzwonił kilka dni później i zaproszono mnie na casting do „Ukrytej prawdy”, od razu przedstawiając ewentualną rolę – na szczęście nie była kompromitująca, a co więcej nie byłem też główną postacią, więc nie musiałem denerwować się zbyt wielką ilością tekstu do wykucia. Odkąd w pierwszej klasie podstawówki na przedstawieniu kończącym rok pomyliłem kwestie i spanikowany nie wiedziałem jak z tego wybrnąć, zyskałem świadomość tego, że teatr jest nie dla mnie. Ale ekran – może być. Nie chciałem jednak przeholować z dużą rolą, więc to co mi zaproponowali, jak najbardziej mi się podobało: przyswajalna jak na pierwszy raz ilość tekstu i fakt, że robimy to przed kamerami a nie publicznością przypieczętowała moją chęć do „aktorskiego” debiutu. W przesłanym scenariuszu miałem dwie sceny mówione, dwie setki (czyli te wypowiedzi solo do kamery) i parę ujęć bez mojego głosowego udziału. Swój casting wygrałem – do każdej roli typowano 2-3 osoby, ekipa wybierała najlepszą i ze zdziwieniem odkryłem, że setki nie są czytane przez odtwórców z promptera (dzień wcześniej obejrzałem calutki odcinek serialu i byłem przekonany, że oczy tych osób chodzą wzdłuż tekstu niczym oczy prezenterów serwisów informacyjnych), a są mówione z głowy. Kilka dni później dostałem cynk dotyczący dat nagrania, wziąłem dwa dni urlopu, a na planie spędziłem w sumie trzy, bo zahaczyłem jeszcze o sobotę.

Czwartek, dzień 1. Były wtedy 40-stopniowe upały, a ja bujałem się nieklimatyzowanymi autobusami komunikacji miejskiej na Wawer – tak daleko w stolicy jeszcze się nie zapuszczałem, a te okolice przypominały bardziej tereny, po których biegam, jak odwiedzam rodzinny Solec Kujawski – żwirowe drogi dojazdowe, kurniki, szczekające psy, babuszki w ogródkach i tak dalej. Jedna z takich kobiet podpowiedziała mi w końcu, gdzie znajduje się hotel, którego szukam, bo spocony, obładowany własnymi ciuchami, które kazano mi wziąć „w razie czego”, zastanawiałem się czy jestem w dobrym miejscu dochodząc po raz kolejny do ślepych uliczek czy prywatnych posesji. Na miejscu byłem przed czasem – jechałem z dwiema przesiadkami, więc chciałem być punktualny, zakładając ewentualne opóźnienia. Pech chciał, że tym razem wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku, więc na planie wylądowałem o 13:00, zamiast o umówionej 14:00. Niby okej, ale chwilę później odkryłem, że dzisiaj jedyna scena ze mną będzie kręcona około 19:00. Dobry jestem z matematyki, więc szybko obliczyłem, że będę tu usychał jakieś sześć godzin. Żeby tego było mało, za moment okazało się, że nie musiałem wieźć swoich marynarek i spodni, bo dziewczyna od kostiumów najpierw mnie o to poprosiła, a później dała mi rzeczy na przebranie z garderoby serialowej. Początki były więc fatalne – wykonałem kilka zmęczonych telefonów, do tych którzy chcieli mnie słuchać, zrobiłem kilka kilometrów spacerując po okolicy, ukrywałem się przed słońcem, a jak przyjechał catering to wziąłem jeden obiad, który prawdę mówiąc chyba nawet nie był dla mnie, ale wszystko było mi już jedno. Żałowałem, że poświęciłem dzień urlopu na nicnierobienie, bo przecież mogli mi napisać, żebym był o 17:00, a ja dni urlopowe tak chętnie kolekcjonuję. No, ale plan rządzi się swoimi prawami i zawsze lepiej mieć pewność, że wszyscy są na miejscu. Po osiemnastej przebrano mnie w za duże buty, za duże spodnie oraz za dużą marynarkę i wyruszyliśmy nagrywać finałową scenę odcinka, czyli mój ślub humanistyczny z dziewczyną, która wcześniej mnie rzuciła (tak, to są spojlery, ale już dawno po emisji). Ślub humanistyczny to forma przyrzekania sobie miłości bez konieczności posiadania oficjalnych papierów, urzędników i bogów, więc my przyrzekliśmy sobie miłość w lesie, przy krzakach, w towarzystwie miliona komarów. W tej scenie pan młody jednak nic nie mówił, więc tylko przytakiwałem na wyjaśnienia panny młodej, która tłumaczyła ciotce i wujkowi o co tu w ogóle chodzi. Było to dziwne – nie wiedziałem czy jestem cały czas w kadrze, a nieme kiwanie głową i szczerzenie zębów przez prawie minutę było dość krępujące. Podczas pierwszego ujęcia na czole wylądował mi komar i zaczął mnie gryźć, ale nikt nie przerwał nagrywania i zastanawiałem się, czy mogę go przegonić, czy nie, ale też trochę nie chciałem psuć mojego pierwszego razu, więc graliśmy tak sobie we dwóch. Pan młody i komar na jego spoconym czole. Dodam, że sztuczny, zastygły uśmiech bez mówienia czegokolwiek to nie jest coś w czym czuję się komfortowo, a na pewno nie czuje się z tym spoko moja twarz, bo po pewnym czasie jej mięśnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa, zupełnie tak jak podczas pierwszego castingu, kiedy poproszono mnie o „uśmiech z zębami” i po 5 sekundach kąciki ust tak zaczęły mi tak latać, że zastanawiałem się, czy fotograf specjalnie nie przeciąga mojej męki obserwując to dziwne zjawisko i nie kręci jakiegoś widea, które będzie pokazywał innym fotografom, kiedy będą wymieniać się osobliwymi przypadkami podczas poszukiwań odtwórców do tych seriali, a ja nie trafię do jakiejś nieoficjalnej galerii dziwolągów. Na szczęście, do zachodu Słońca udało się nagrać kilka dubli bez owadów i dość zadowolony, że jednak coś tego dnia udało mi się na planie zrobić, wróciłem do siebie.

Piątek, dzień 2. Tym razem na planie byłem z samego rana. Po śniadaniu i zapisach na obiady (wtedy potwierdziło się, że jednak wczoraj komuś jedzenie buchnąłem), dowiedziałem się, że dziś wszystkie moje sceny są praktycznie jedna po drugiej i nie będę musiał na nie czekać. Podczas gdy ekipa rozstawiała się w wynajętym od kogoś prywatnym domu, my z żonką poszliśmy na osiedle obok poprzytulać się trochę między cudzymi samochodami, a fotograf robił nam detektywistyczne zdjęcia, którymi później ciotka mojej byłej-obecnej-dziewczyny-żony rzuci mi w twarz (twistów w tym odcinku było więcej niż w niejednej produkcji Netfliksa, polecam). Po tej porannej sesji na blokowisku, poszliśmy na plan i zaczęliśmy nagrywanie. Poza statystowaniem i niemą obecnością w kilku ujęciach, miałem do odegrania dwie sceny mówione, obie z ciotką Marylą, oraz dwie setki. Stwierdziłem, że nawet jak aktorsko nie podołam i mit budowany w mojej głowie legnie w gruzach to przynajmniej nadrobię tymi setkami – kamera to przecież moja przyjaciółka, a ja przygotowałem zestaw, moim zdaniem, ciekawych min, gestów oraz dramatycznych pauz. Szybko jednak sprowadzono mnie na ziemię. Stój prosto. Lewe ramię bliżej. Ręce wzdłuż ciała. Bez gestów. Na smutno. Jeszcze smutniej. Nie jak prezenter. Nie mogłem więc dramatycznie ruszać dłońmi z lewej na prawą ilustrując, że Magda zachowuje się „raz tak, raz tak” ani nic z tych rzeczy. Chociaż wszystkie słowa powiedziałem bez większego zacinania się i nie trzeba było nagrywać dubli wynikających z nagłych napadów niepamięci to czułem, że jednak nie jest to rola na miarę „House of Cards”. Nie doczekałem się nawet obiadu, bo skończyłem robić swoje zanim pojawił się catering, ale odkupiłem winy licząc, że to co zamówiłem sobie rano, zje ta głodna osoba z wczoraj.

Sobota, dzień 3. Ostatniego dnia została mi do nagrania jedna scena, gdzie ciotka Maryla i jej kumpela widzą mnie z byłą dziewczyną na romantycznym spacerze w parku. Chociaż daleko było nam do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” to jednak takie mizianie się z kamerą w tle było początkowo dość krępujące. Przy kolejnych ujęciach było już lepiej, bo czule się traktując, opowiadaliśmy sobie z koleżanką o rzeczach, które nas brzydzą w przestrzeni publicznej. Okazało się bowiem, że nie jestem jedyną osobą, która w autobusach czy tramwajach, jak już musi się czegoś trzymać, to trzyma się miejsc najmniej zmacanych przez innych czy unika pierwsza naciskania guzików np. od windy. Wymieniając coraz bardziej pojechane przykłady odrzucających sytuacji, których nie powstydziłby się sam serialowy Detektyw Monk, odkryliśmy że myślimy jak jeden mózg, więc gdyby kiedyś „Ukryta Prawda” chciała robić ciąg dalszy naszych przygód to moglibyśmy zagrać stare, dobrze zgrane małżeństwo całkiem naturalnie. Na tym skończyły się moje przygody na planie „Ukrytej Prawdy”, pożegnałem się z reżyserem i pozostałymi ludźmi, którzy przeprowadzali mnie przez ten cały proces i opuściłem plan. Podsumowując: było całkiem miło.

Dzień emisji. 945 odcinek „Ukrytej prawdy” (klik!) zapowiedziano na 3 października. Środa ta zbliżała się wielkimi krokami, a ja odkryłem, że niestety Player.pl nie pozwala oglądać epizodów do przodu – chciałem się wycwanić i zobaczyć najpierw czy jest się czym chwalić, czy lepiej odwrócić uwagę ewentualnych zainteresowanych proponując zupełne inne aktywności w okolicach godziny 18:00. No, ale trudno, nie dało się tego sprawdzić, więc jeżeli już kogoś poinformowałem o emisji to zawsze ze standardową bezpieczną formułką zaniżającą oczekiwania (wiesz, no, kazali być mi drętwym, miałem grać smutno, nie oglądaj jak nie musisz, okej, dziękuję…), co było trochę droczeniem się z rzeczywistością i raczej przygotowaniem samego siebie na ewentualnego flopa, z nadzieją że go jednak nie będzie. I chyba nie było. Co prawda sceny niemego przytakiwania wyszły raczej tak, jak się spodziewałem i nie pokazano żadnej z moich dwóch setek (tłumaczę sobie to tym, że po prostu wyleciało dużo nagranego materiału i postaci poboczne straciły przywilej tłumaczenia widzom, jak się czują, a powodem nie jest fakt, że byłem tak kiepski), natomiast same scenki z Marylą były na akceptowalnym (nawet przeze mnie) poziomie. Opinie znajomych widzów były nawet bardziej pozytywne. Oczekując na nominację do Telekamery w kategorii „Najlepszy aktor drugoplanowy w serialu dramatycznym”, bo szybko obrosłem w piórka, myślę sobie, że jeżeli będzie mi dane jeszcze coś zagrać to może wezmę odrobinę więcej. Wiem już jak to się robi i jak to później wygląda. Co prawda, kiedy byłem na wakacjach, parę razy dzwonili do mnie z propozycjami, ale były to propozycje np. roli gwałciciela w „997” – ja rozumiem, że łeb mam ogolony, ale no sorry.

Jestem na Facebooku (klik!), Instagramie (klik!) i Twitterze (klik!).

You Might Also Like

5 odpowiedzi do “Czasem bywam w telewizorze”

  1. Dobra. Dziś odpalam ten ślub w lesie :D
    Długi tekst, ale zacny. Dobrze się czytało :) Na takie się już w necie nie trafia

    Zatem nic tylko wytrwałości w pisaniu :)

    1. Dzięki wielkie! Razem w przyszłymi tekstami, muszą zostać dopracowane szczegóły tu i tam – nie wiedziałem na przykład, że muszę zaakceptować komentarz, zanim się pojawi – stąd ta obsuwka kilkudniowa z jego publikacją. #ups

  2. Podoba mi się sposób w jaki opisujesz swoją przygodę ze szklanym ekranem. Czekam na dalszy ciąg… i odpalam Ukrytą Prawdę a musisz wiedzieć, że z powodów zbliżonych do Twoich, nie robię tego na codzień. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.