5 lat w CANAL+

5 lat w CANAL+ Szymon Sokół

Z początkiem sierpnia stuknęło mi 5 lat, odkąd zacząłem pracę w CANAL+. Chociaż już raz opisałem moje medialne przygody i powstał tekst, w którym można poczytać o tym, jak dostać się i zagrać w „Ukrytej prawdzie” – KLIK! (polecam, powtórki przed „Faktami” nadal przynoszą sporą popularność oraz współczucie ludzi ulicy z powodu problemów z żonami) oraz poznać moje perypetie związane z wygraniem castingu na nową twarz telewizji muzycznej VIVA Polska (która rok później zrezygnowała ze posiadania twarzy jakichkolwiek, przez co dzisiaj to Piotr Kraśko, a nie ja, zastępuje Justynę Pochanke w „Faktach TVN”, no ale okej), to o samym CANAL+ było tam niewiele.

Od dziecka miałem ciągoty medialne i chociaż zdecydowanie największe emocje towarzyszyły mi, gdy po wygranym dużym telewizyjnym castingu, współprowadziłem programy na antenie VIVY, ogólnopolskiej muzycznej telewizji, to w CANAL+ poczułem jakby macierzysta planeta wezwała mnie w 100 procentach zawodowo do domu. Czy trochę żałuję, że nie udało mi się pójść w stronę konferansjerki i prowadzenia programów na antenie? Pewnie tak. Może w jakiejś alternatywnej rzeczywistości miejsce w „Faktach” jednak mam, ale w świecie rzeczywistym nie powinienem narzekać. Zresztą, młody przecież jestem, wiem co to Tik Tok i Fame MMA, dużo na pewno jeszcze przede mną i trochę jeszcze czasu na zastanawianie się, kim chcę zostać, jak dorosnę – mam. Ale jeżeli czyta mnie w tej chwili Piotr Kraśko albo Anita Werner to polecam się zdecydowanie na zastępstwo, urlopy jakieś, pani Anito, panie Piotrze, proszę się nie krępować, proszę pisać na Facebooku – tutaj link. Dziękuję.

Jak się tworzy ramówki telewizyjne?

To, że jestem stworzony do pociągania za sznurki w programmingu, wiedziałem od lat najmłodszych. Już jako mały bombelek, rozgryzałem telegazetę, znałem znaczenie każdego guzika na pilocie od telewizora i tworzyłem na kartkach z bloku technicznego własne gazety z programem telewizyjnym, które z czasem prezentowały ramówki moich autorskich stacji. W tym alternatywnym świecie, zdominowały one cały polski rynek, bo były po prostu najlepsze, i nawet imperium rydzykowe szans z moim nie miało, wiadomo.

Wyrosłem z tego, ale odrobina farta i czystego talentu zaowocowały możliwością tworzenia ramówek nie tylko w bloku technicznym. Pierwszą ofertę pracy w CANAL+, która mnie interesowała, odkryłem rok przed tym, zanim faktycznie pojawiłem się w firmie – niestety trochę późno, był to ostatni dzień rekrutacji. Wysłałem zgłoszenie, ale było już po zawodach. Jest to jednak jedna z tych pięknych historii, że nie wolno się poddawać, #nevergiveup i można napisać o tym budującą książkę albo i nakręcić film, bo dokładnie dwanaście miesięcy później znowu pojawiło się takie samo ogłoszenie – CANAL+ szukał kogoś do działu programowego i ramówek w części filmowej. Tym razem trafiłem na nie pierwszego dnia, więc zgłosiłem się od razu. Pracuj.pl miało taką opcję, która informowała użytkownika o tym, że  pracodawca otworzył aplikację – niestety przez dwa dni nie dostałem żadnego powiadomienia. Napisałem zatem na ogólnego mejla rekrutacyjnego do (wtedy jeszcze) nc+, że halo, proszę otworzyć moje zgłoszenie, bo mi bardzo zależy, i mnie zaprosić. Otworzyli. I zaprosili.

Proces rekrutacyjny był sprawny i miły, chociaż dwie z czterdziestu minut jednej z rozmów poszły nie po mojej myśli. Zapytano mnie dość prosto: jakie filmy i seriale ostatnio oglądałem. Co tam fajnego jest na topie. Seriale miałem obcykane i byłem na bieżąco, ale z filmem za pan brat już mniej i chociaż usta opowiadały coś o jakichś Mr. Robotach i innych aktualnych hitach w odcinkach, to mózg desperacko szukał chociaż jednego przeboju kinowego. Niestety nie znalazł i kiedy trzeba było już cokolwiek o jakimkolwiek filmie wspomnieć, coby niezręczną ciszę wypełnić, wypaliłem, że ostatnio to oglądałem Shreka. W TVN. Przekonany byłem, że ogr zaprzepaścił moje szanse na przeprowadzkę do stolicy, ale stało się, uff, inaczej.

Przez pierwszy rok z kawałkiem układałem ramówki dzienne kanałów filmowych, czyli codzienne plejlisty. Wyglądało to tak, że jak już zaplanowany był cały miesiąc, przez osobę która zarządzała ramówką miesięczną, to osoby odpowiedzialne za ramówki dzienne (czyli np. ja), układały ją tak, aby była gotowa do emisji – wypełniając przestrzeń pomiędzy filmami/serialami/programami autopromocją, filmami krótkometrażowymi, reklamami (jeżeli były na danym kanale), dżinglami i tak dalej. Jeżeli film kończy się o 21:26, a kolejny jest zaplanowany o 21:30, to mamy cztery minuty, żeby wybrać dobre autopromocje, wrzucić dżingle w odpowiednim momencie, ułożyć to tak, żeby kolejna pozycja rozpoczęła się zgodnie z programem, a wszystko, co znajduje się pomiędzy napisami końcowymi jednego i czołówką drugiego tytułu, było turbo atrakcyjne dla widza.

I wtedy wchodzę ja, artysta ramówkowy.

Bardzo spodobało mi się pracowanie w telewizji „od kuchni” i własnoręcznie ułożone bloki autopromocyjne oglądałem z wypiekami na twarzy przez kilka pierwszych tygodni. Szczególnie duży efekt wow robiło to na mnie, jak wracałem w rodzinne strony, odpalałem tv i z miną specjalisty rzucałem okiem na ekran w familijnym salonie na te pięknie wypełnione breaki. Odpowiadałem w ten sposób za ramówkę dzienną kanałów CANAL+ FILM i CANAL+ SERIALE, w zastępstwie Ale kino+, a po pół roku za główną antenę CANAL+ (obecnie: CANAL+ PREMIUM) oraz kolaudowanie oraz rejestrowanie zwiastunów. Ale praca w telewizji wiązała się też z wieloma innymi miłymi epizodzikami – można było wkręcić się na plan serialu, zrobić sobie zdjęcie z TeleKamerą dla serialu „Belfer” albo z oryginalnym pucharem UEFA Champions Leauge czy nawet pojawiać przy produkcji programów telewizyjnych albo pojawić się w nich jako komentator.

CANAL+ to oficjalny polski nadawca Gal Oscarowych i miałem przyjemność piastować baaaardzo odpowiedzialne stanowisko kierownika produkcji studia na żywo przy nocy oscarowej – organizowałem przyjazdy gości, potwierdzałem ich przybycie, wpuszczałem i wypuszczałem komentatorów, pilnując, żeby wszystko szło według harmonogramu, nikt nie uciekł, nikt nie zaspał, każdy wszedł i wyszedł ze studia o odpowiedniej porze. Udało się! A ja nawet po raz pierwszy pojawiłem się w napisach końcowych.

Innym razem, kiedy Ale kino+ zrobiło specjalny, świąteczny odcinek programu „Kino Mówi”, zasiadłem w fotelu jako gość i opowiedziałem o wielkim proteście z 2010 roku, kiedy to zebrałem na Facebooku wszystkich innych kevinomaniaków i przywróciliśmy do bożonarodzeniowej ramówki usunięty z niej wcześniej film „Kevin sam w domu” (KLIK!). A był to protest ogromny – kto nie pamięta, może tutaj o tym poczytać – drugi KLIK!. W tej samej sprawie zresztą pod koniec ubiegłego roku zadzwonił do mnie Polsat – trzeci KLIK!.

Wracając jednak do zadań codziennych – po nieco ponad roku awansowałem i dostałem ramówkę miesięczną CANAL+ FILM. Cały kanał mój! Gdyby nie to, że na ten tekst może wpadną koleżanki i koledzy z pracy, to pewnie napisałbym, że zostałem dyrektorem programowym. A tak to mogę napisać, że tylko nim się czułem. Bo oto w końcu bombelek, który w wieku sześciu lat układał własne ramóweczki malując długopisem po kartce, mógł sprawdzić się na placu boju. I zaprawdę powiadam Wam, ale to było dobre. CANAL+ FILM nie jest główną anteną filmową, a co za tym idzie, ma mniej zaplanowanych odgórnie premier niż CANAL+ PREMIUM, bo to tam leciały premierowo wszystkie największe hity. Dzięki temu miałem naprawdę duża swobodę w konstruowaniu ramówek. Wymyślałem wieczorki tematyczne, wybierałem filmy do niedziel z filmami akcyjnymi, analizowałem wcześniejsze emisje, żeby trafić do czwartkowego widza o 20:00 z filmem, który do tej pory puściliśmy dwa razy w weekend po 22:00 i tak dalej, i tak dalej. Wszystko oczywiście po konsultacjach i akceptacjach dyrektor kanałów filmowych. Jednym z ulubionych momentów dnia były przychodzące na mejla z rana wyniki oglądalności, żeby sprawdzić, jak tam nam wczoraj poszło. A szło mi bardzo dobrze i oglądalność CANAL+ FILM (porównując mój pierwszy rok do mojego drugiego roku zabawy przy ramówce miesięcznej) wzrosła o ponad 10 procent. O tym jak się bada i mierzy oglądalność telewizji w Polsce napisałem w tym tekście – do przeczytania tutaj.

Listy od widzów

Czasami jednak zdarzały się sytuacje niecodzienne. Pewnego razu do firmy napisał oburzony widz. Widz miał pretensje, bo kiedy oglądał film z córką, to nagle przerażona 14-latka wybiegła z pokoju chowając w dłoniach swoją zarumienioną twarz, bo wystraszyło ją to, co zobaczyła na ekranie. A zobaczyła, według widza, prawdziwe porno, gołe piersi, sterczące sutki, jęki i w ogóle #ZamykamWamTenCanalPlus. Widz zadał dwa pytania. Co za zboczeniec daje takiemu filmowi kategorię wiekową „od 12 lat” i co za zboczeniec puszcza go w porze dobranocki. Okazało się, że jedno i drugie – to byłem ja.

Ocenianie materiałów pod kątem grupy wiekowej było jednym z naszych zadań, a bardziej kontrowersyjne treści (z pogranicza oceny „od 12 lat” vs. „od 16 lat”) ocenialiśmy wspólnie. Szybko okazało się, że widzowie są skłonni robić aferę o każdy kawałek gołego tyłka, natomiast morderstwa i przekleństwa przechodzą gładko nawet przy rodzinnym obiedzie.

Bardzo poważnie podchodziliśmy do wytycznych KRRiT dotyczących kategoryzowania i nawet mieliśmy taką wewnętrzną dodatkową ocenę pod kątem puszczania bardziej brutalnych i, ble, seksualnych filmów z kategorią „od 16 lat” – nie dawaliśmy ich od razu po 20:00, jeżeli jakieś sceny pojawiały się tam zaraz na początku, ale szkoda było dobry tytuł wrzucać do kategorii „od lat 18” i puszczać po 23:00. Żadnych ekscesów punktualnie o 20:00, krótko mówiąc. Polska koncesja to polska koncesja i mieliśmy trudniej niż np. HBO, które nadaje na zagranicznej, więc „Gra o tron” może tam lecieć w porze drugiego śniadania, a artystyczny film argentyńskiego reżysera potrafił u nas narobić problemu.

Wracając do widza, który mnie brutalnie obraził, to zrobił to jednak niesłusznie. W filmie nikt nie jęczał, kontrowersyjna scena trwała kilka sekund przy stopniowo ściemniającym się obrazie, był faktycznie kawałek gołego ciała (jednak przy coraz bardziej zanikającym obrazie) i mężczyzna kobietę całujący, ale ciemność nastała szybko i tyle. Był to polityczny dramat z dosłownie kilkoma sekundami takich czułości w całości. Trzeba, stety-niestety, znajdować złoty środek, bo gdybyśmy każdą goliznę i sensację puszczali po 20:00 to za bardzo nie byłoby materiałów na godziny wcześniejsze.

Ale każda stacja nadaje samodzielnie kategorie wiekowe i np. „Wołyń” my pokazywaliśmy po 23:00 (od 18 lat), a TVP1 film puściła za pierwszym razem po 20:00 (od lat 16) i do KRRiT trafiły skargi na zbyt brutalne sceny o tak wczesnej porze, o czym pisały inne media.

Brand menedżment seriali i filmów

Kilka chwil po tym, jak rozpoczęła się pandemia i praca z domu (która trwa w przypadku wielu mediów do dziś), dostałem ciekawą propozycję przejścia do zespołu brand managementu od seriali i filmów CANAL+. Trochę się wahałem, czy ją przyjąć – świat obiegały katastroficzne wizje upadków firm, masowych zwolnień, głodu, walk o przetrwanie, a w Internecie królowały filmy z Chińczykami padającymi jak muchy na ulicach z powodu nowej zarazy. Stwierdziłem, że jak nadejdzie armagedon na rynku pracowniczym (a nadejdzie na pewno) i konieczne będą cięcia oraz zwolnienia to przecież w pierwszej kolejności poleci najmłodszy z zespołu, prawda? Dzięki, Szymon, jednak bye. Może nie warto ryzykować i zostać w dziale programowym?

Ale pogadałem z moją przemiłą ówczesną szefową oraz moją przemiłą być-może-nową szefową i dałem sobie zielone światło. Decyzja była to dobra.

Z marketingiem nie miałem wcześniej za wiele do czynienia, więc dużo rzeczy było dla mnie świeżych, a nową wiedzę musiałem zdobywać online (co było nietypowe, bo wolałem kontakty face-to-face, ale przyzwyczaiłem się do tego szybko, jak my wszyscy chyba). Muszę przyznać, że przyjaznego działu przeszedłem do drugiego przyjaznego działu i atmosfera panuje tu fajna, ajjj… tak że nie skłamię, jeżeli napiszę, że w nowym miejscu problemów było (znów) praktycznie zero.

Dzięki rozpoczęciu pracy w marketingu CANAL+ mogłem zacząć w końcu zajrzeć na zaplecze i obserwować, jak powstaje to wszystko, co do tej pory trafiało do mnie jako finalny produkt, kiedy byłem odpowiedzialny za ramówki. Stacja produkuje teraz naprawdę sporo seriali własnych, z roku na rok coraz więcej, powiększając sukcesywnie swoją bibliotekę originalsów, a ja stałem się teraz mróweczką dzielnie pracującą na sukces od tej drugiej strony. A są to seriale przecież bardzo zacne!

Pierwszym dużym projektem, przy którego promocji działałem, był rewelacyjnie przyjęty serial „Król”. Prace nad teaserami, trailerem, kolaudacja specjalnych materiałów wideo i making ofów, współpraca przy tworzeniu plakatów, visuali i tak dalej. A z benefitów: przedpremierowy dostęp do odcinków serialu. Nawet takich nie do końca gotowych – zaskoczyło mnie jak wiele elementów z odcinka jest usuwanych w postprodukcji. Wcześniej wydawało mi się, że kiedy nagrywa się serial o czasach dawnych, to wygodniej jest znaleźć ulicę z budynkami, gdzie nie ma za wielu elementów współczesnych (lub można je zdjąć do zdjęć), ale zobaczyłem wersję odcinka, gdzie Jakub Szapiro przechadza się przedwojennymi ulicami, a na kamienicach wiszą w dziesiątkach anteny satelitarne. Panorama Warszawy 1937 i nowoczesne wieżowce w tle? Zaliczone. Bohaterowie przebiegający obok budynku, na który komputerowo naniesiono napis „TU BĘDZIE SIĘ PALIŁO” – jest. Dużo roboty mają Państwo w przygotowywaniu takich odcinków do emisji, ale efekt wyszedł znakomity i „Król” zakończył karierę z oceną 7,5/10 na Filmwebie. Wyżej oceniany jest tylko kultowy „Belfer” czy (mój ulubiony polski serial, zaraz obok „Ślepnąc od świateł”) „Kruk”, którego drugi sezon właśnie miał swoją premierę.

Tak jak wspomniałem, CANAL+ własnych seriali robi dużo (bo mamy teraz również usługę CANAL+ online, czyli takiego naszego Netfliksa czy HBO GO – dostęp do wszystkiego można mieć przez www i aplikacje), więc podobnie działałem przy wszystkich kolejnych naszych tytułach po „Królu” – serialach „Pokonani”, „Klangor”, „Kruk. Czorny Woron nie śpi”. I powoli zaczynamy przy tych, które są już zapowiedziane na końcówkę tego roku, czyli serialową „Planetą Singli” oraz polską wersją (która już wstrząsnęła internetami) „The Office”. Mam też kilka swoich projektów, za które jestem odpowiedzialny i takim najbardziej widocznym jest chyba, dostępna już od ponad roku, sekcja CANAL+ online na Filmwebie. W górnym menu serwisu, który zna każdy, kto szuka seriali i filmów, jest nasz logotyp, można sobie w niego kliknąć i zobaczyć, co ciekawego można obejrzeć w CANAL+ przez Internet. Zajmuję się też współpracami z innymi serwisami, partnerami zewnętrznymi, festiwalami filmowymi czy też np. z naszą firmą-siostrą – dystrybutorem Kino Świat – przy promocji premier kinowych.  A korzystając z mojego, jakże bogatego, doświadczenia programowego, współtworzę ochoczo strategię autopromocyjną dla kanałów linearnych spod szyldu CANAL+.

Krótko mówiąc, tak, korpo, ale bardzo w porządku, bo związane z nowymi mediami, serialami, filmem i telewizją, czyli tym co lubię najbardziej.

To tyle na dziś w moim pamiętniczku, pozdrawiam ciepło i kłaniam się nisko każdemu, kto dotarł do końca tekstu.

You Might Also Like

2 odpowiedzi do “5 lat w CANAL+”

    1. Też to zauważyłem. Pamiętam emisję „bez ograniczeń”, no ale myślę że nie nadaje się on dla dzieci, mimo wszystko. ;)
      Nie wiem, skąd te zmiany. Być może za każdym razem ktoś inny decydował o kategorii?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.